Żegnaj Koteczko – opowiadanie o kocie.

 

Na wioseczce wszyscy od wieków żyli swoim życiem. Tylko Piotr Jan był tu nowy.
Zwyczaje mieszkańców były różne i także różny był ich stosunek do zwierząt.
Razu pewnego Piotr Jan usłyszał takie słowa:
– A kto to widział za psa tyle pieniędzy dać?
To było wtedy gdy przechadzał się po wsi ze swoim futrzastym ulubieńcem. Psem rasowym i nie byle jakim a co za tym idzie okropnie drogim.
Piotr Jan mieszkał więc w swoim wyremontowanym domku, zaraz obok Wiśniewskich.
Wiśniewscy wyglądali na spokojnych. Starsi państwo w synem ok. trzydziestki.  W obejściu ptactwo, koty i psy.
Z upływem czasu zaprzyjaźnił się Piotr Jan z kotką mieszkającą u Wiśniewskich. Zwykła była ta kotka, szarobura, niewielka, ale łowna jak mało która w okolicy. Piotr Jan zauważył, że bardzo często była ona kotna przez co wyglądała jak balon. Z tej przyczyny zyskała u Piotra przydomek Balonówa, bo prawdziwego imienia tej kotki nie znał.  Po każdym okresie kocenia w objęciach kociej mamy pozostawało jedno małe kociątko, albo dwa. Nigdy więcej. Bywały takie sytuacje, że w ogóle żadne kociaki nie pojawiały się na podwórku.
Kiedyś zaintrygowany  Piotr Jan zagadał sąsiada Wiśniewskiego o kociaki, ten odparł beznamiętnie
– Nie ma, straciły się.
– Ale jak, straciły się? – dopytywał.
Jednak sąsiad nie kontynuował rozmowy – normalnie, straciły się.
Balonówa często przebywała na terenie posesji Piotra Jana. Nie miał on swoich kotów i sąsiadka miała spokój na jego podwórku. Pies Piotra Jana miał przywilej mieszkania w domu, więc nie wchodzili sobie z Balonówą w drogę. A Balonówa była bystra i cwana, jak to kotka. A wiedziała kiedy i gdzie przyjść by dostać się na kolana Piotra Jana. Nawet potrafiła wyczuć moment kiedy pies Piotra Jana jest  z tyłu na ogrodzie i wbiegała między nogami Piotra wchodzącego do domu. I zaraz potem myk w prawo do kuchni bo tam stała miska od psa Piotra Jana. A w tej misce tej nie byle co było, ho ho!
A Piotr Jan był dobry i też Balonówie nie żałował mięska z tłuszczykiem, albo skwareczków. I mleczka podlewał.
I tak mijały dni, miesiące, lata. Balonówa raz była kotna raz nie. Nikt by nie zliczył ile razy była mamą, chyba nawet jej właściciel stracił rachubę. Od tego ciągłego macierzyństwa, wychudła, wygarbiła się. Jej kręgosłup zrobił się wygięty jak pałąk na trwałe. Nogi trochę się wykrzywiły i widać było, że na starość straciła wszelką zdolność do łowienia myszek czy też ptaszków.
– Chodź chuda, chodź do Piotra – żartował pociesznie Piotr Jan – dam ci ja to czego twój pan ci nie da.
W międzyczasie to i pies Piotra Jana odszedł z tego świata i Piotr Jan miał dużo czasu i cierpliwości dla Balonówy. Oj nie trzeba było jej dwa razy zapraszać, wystarczyło drzwi uchylić i już Balonówa myk smyk i w kuchni kręci się koło drzwi lodówki.
Aż jesieni pewnej, wtedy co tak zimno i chłodno było, Balonówa znowu przyszła do Piotra Jana. Ona to właściwie czekała na niego przy drzwiach. Siedziała sobie w kartonie na ganku, skulona w bochenek, cierpliwie wypatrywała Piotra Jana.
– Witam panią – uśmiechnął się Piotr Jan – późna pora, pani nie w domu?
Rzeczywiście późno było jak nigdy. O tej porze Balonówa przeważnie była w swoim obejściu i gospodarz Wiśniewski zamykał ją na noc w kotłowni, ale jak się zagapiła to pozamykał obejście na cztery spusty i zostawała na całą noc na dworze.
Piotr Jan otworzył drzwi, Balonówa wbiegła leciutko do domu, w prawo do kuchni i tam w stałym miejscu przy lodówce usiadła przyjmując pozycję cierpliwego wyczekiwania.
Piotr Jan ugościł ją znakomicie, jak zawsze zresztą.
Po posiłku Balonówa wyszła z kuchni. Nie skierowała się do drzwi wyjściowych. Powoli rozejrzała się po mieszkaniu i zaczęła zwiedzać kąty. Piotr Jan szykował się do spania, rano musiał wstać o 6 i niestety kolejny dzień w pracy zaliczyć.
Balonówa usiadła w progu pokoju, w którym spał Piotr Jan.
– No pani kochana, u mnie przecież nie zostaniesz – zmartwił się Piotr Jan – musisz iść do domu, podjadłaś więc dobranoc – i Piotr Jan delikatnie przesunął ręka Balonówę w kierunku drzwi wyjściowych. Ta jednak ani drgnęła. Piotr Jan wziął ją więc na ręce, otworzył drzwi i postawił w progu. Balonówa jednak widząc ciemność, wiatr i mokrą jesienna trawę czmych i z powrotem siedzi w  progu pokoju Piotra Jana.
– No cóż, właściwie to pani obecność mi nie przeszkadza.
I Piotr Jan zgasił światło i położył się spać.
Po chwili Balonówa wlazła na łóżko Piotra Jana. Wdrapała się na kołdrę na piersi Piotra i zasnęła tam mrucząc przy tym tak głośno, że Piotr Jan nie mógł myśli zebrać, aż zebrał je i zasnął.
I tak spali.
Ok. 5 rano Balonówa zrobiła Piotrowi pobudkę. Trzeba było zwlec się z łóżka i wypuścić zwierzę na dwór.
– Idź idź, zrób swoje i do pana swojego marsz – chciało się Piotrowi Janowi żartować o piątej nad ranem w jesienny lodowaty poranek.
I poszła.
I minął dzień.
Piotr Jan przyjechał z pracy jak zawsze późnym popołudniem. Nawet kupił kawałek mięska na wszelki wypadek gdyby Balonówa przyszła w gości.
Ale nie przyszła.
Na drugi dzień też nie przyszła, na trzeci też.
I na czwarty dzień nie przyszła.
Piątego dnia Piotr Jan krzątając się po obejściu zauważył za płotem sąsiada Wiśniewskiego
– Dzień dobry
– Dzień dobry
– A sąsiedzie, gdzie to ta wasza kotka podziewa się, ta stara – zapytał Piotr Jan
– Aaa… Fifka? Nie ma jej, straciła się.
Żegnaj koteczko…

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *