Wio koniku, wio…

                             W tej dzielnicy miasteczka jeszcze życie trwało wiejskie. Poszczególne domostwa otoczone polami i łąkami nie zatraciły swojego dawnego charakteru. Jednak co sprytniejsi właściciele przeczuwając nadchodzą zmianę i koniunkturę zaczęli przekształcać swoje włości  w działki i powolutku, małymi kroczkami wiejski charakter Kłodnicy zaczynał być wypierany przez coraz to nowsze domy.

 

Taka zmiana jednak nie dotyczyła gospodarstwa w którym mieszkał Bernard. Dom jego rodzinny usytuowany był bezpośrednio przy głównej drodze prowadzącej ku wylotowi z, obecnie już, miasta. Bernard był najmłodszym synem z trojga rodzeństwa. A że rodzina posiadała możliwość wyjechania na stałe do Niemiec to wkrótce Bernard pozostał na gospodarce sam ze starym schorowanym ojcem. Gospodarstwo wielkie nie było, kurki, świnki, kaczuszki i koniki. A koniki to oczko w głowie ojca Bernarda. Stary Bialica koniki trzymał od czasów wojny gdy to jeszcze sam był dzieckiem i po ojcu je przejął. Stary Bialica całe życie oprócz uprawiania gospodarstwa świadczył okolicznym mieszkańcom usługi transportowe. Woził węgiel, zboże. W miarę postępu technologicznego pralki i lodówki. Gdy trzeba było drewno z lasu też przewiózł. Tak więc w rodzinie koniki pozostały. Ile ich tam było przez te wszystkie lata nikt nie zliczy. Faktem jest, że po śmierci starego Bialicy Bernardowi ostało się gospodarstwo z kurami kaczkami i konikami.
Bernard początkowo dobrze gospodarzył, pola uprawiał, te które słabe były podnajmował. Dbał o koniki najlepiej jak tylko potrafił bo był dobrze do tego przygotowany.
Ileż to razy słychać było w Kłodnicy na ulicy stukot kopyt końskich, postrzeliwanie bacika i donośne
– Wio Estera
A dzieci idące ulica machały do konika i radośnie wołały
– Wio koniku, wio !!
Jeździł więc Bernard ulicami Kłodnicy, spokojny z papierochem w ustach nieodłącznym. A że chłop był młody, postawny, samotny z gospodarką to i sąsiadki za nim się oglądały. Niejedna wdówka czy pannica zastanawiała się czy Bernard znalazłby miejsce w sercu dla niej, ale Bernard nie miał w sercu miejsca dla nikogo poza swoimi konikami. Kochał je nad życie i nigdy krzywdy by nie dał im zrobić. Ileż radości w sercu Bernarda było gdy Estera wydawała na świat kolejnych potomków.
I tak żyło się Bernardowi dobrze, jednak zło czyhało za rogiem i otaczało małymi krokami życie Bernarda. A zło to istota okrutna, jeśli w porę go nie dostrzeżesz to pochłonie cię bez reszty i tylko Pan Bóg jeden wie jak się od niego uwolnić.
Gdy nastały lata nowej Polski po transformacji ustrojowej wiele zmian w życiu mieszkańców Kłodnicy się poczyniło. Przyległe tereny kolejowe popadły w ruinę. Stojący w pobliżu port rzeczny jeszcze funkcjonował, służył głównie do przerzutu węgla ze Śląska w dalsze rejony Polski. Część mieszkańców, która potraciła pracę zaczęła zajmować się kradzieżami węgla z tegoż portu i rozbiórką kolejowych żelastw. A zdolności mieli poważne, nie było żelastwa nie do ukradzenia. Chyba jedynie stara lokomotywa mogła stanowić większe wyzwanie, ale kto wie czy i tego by nie ukradli gdyby było gdzie opchnąć.
Gospodarka Bernarda podupadała. Dochody z pól znikały w mgnieniu oka, Bernard ratował się usługami transportowymi, ale powoli tracił klientów na rzecz nowoczesnych ciężarówek i samochodów dostawczych.
– Za drogo – ileż to razy usłyszał.
– To może tyle, albo tyle – targował się
I nie zawsze dobijał targu. Powoli Bernard sprzedawał co gorsze kąski ziemi pod zabudowę, ale pieniądze szybko się rozchodziły bo utrzymanie koników kosztowało i życie też.
Z czasem jedynymi kontrahentami Bernarda stali się drobne złodziejaszki skubiący węgiel z portu workami. Bernard woził im worki przykryte gałęziami i słomą. Kilka razy został na tym przyłapany przez policję, kilka razy dostał mandat a i w areszcie niejedną noc spędził. I koniki coraz częściej zostawały same w domu. Bernard zaprzyjaźnił się ze złodziejaszkami. To było jego towarzystwo, oni go rozumieli, poklepywali po plecach. Czasem sami brali jego koniki i z wozem gnali do portu po kolejne woreczki. Bernard coraz częściej sięgał po kielicha. Ileż to razy koniki same z trasy do domu wracały z Bernardem śpiącym na wozie. Towarzystwa dotrzymywali mu węglarze, którzy zawsze jakieś tam drobne mieli. Z czasem dom Bernarda stał się najbardziej obskurnym zabudowaniem przy tej ulicy. Już dawno zniknęły kurki, kaczuszki, na placu pojawiły się potargane worki po węglu, resztki złomu. Wszystko zarastało chwastami, dach na stodole zapadł się pod ciężarem zaniedbań. Bernard wyprzedawał dorobki, maszyny rolnicze poszły na złom, pieniądze na przelew. Stara młockarnia co to jej nikt nie chciał kupić została rozebrana, drewno spalone w piecu a żelastwa z niej pochodzące wylądowały na złomowisku.
Złomowisko – to największe przekleństwo Bernarda. Skupowało wszystko co z metalu i wkrótce Bernard stał się jednym z wielu drobnych dostarczycieli złomu. Razem z innymi pijaczkami chodził na tereny kolejowe, szabrowali co tylko się dało oprócz lokomotywy oczywiście bo Zenek – właściciel złomowiska powiedział że nie da rady. To za dużo na jego możliwości.
Co Bernard uzbierał to przepijał, czasem konikom coś kupił, czasem je oporządził, ale i koniki podupadły na zdrowiu, wychudły, widać było po nich zaniedbanie.
Estera patrzyła swoimi wielkimi oczami na Bernarda gdy wchodził do stajni, wyczekiwała ciepłego słowa jak kiedyś, może Bernard poklepie po karku, może pogłaszcze, tak kiedyś pięknie do nich mówił. Owies podsypywał, czesał. Estera stała w milczeniu  i wyczekiwaniu, obok niej stał jej syn z ostatniego przybytku Kaloszek. Dorosły już był, on też potrzebował dobrej ręki. Ale Bernard…
Bernard miał głowę w innych chmurach, w oparach taniego wina, w ciemności domu pozbawionego prądu. Gospodarstwo zmieniło się w melinę nawiedzaną przez policję. Bernard systematycznie bywał w aresztach, na policji w sądzie. Kolejne kary sądu i egzekucje komornika za niespłacone obciążenia zamieniły dorobek życia w ruinę. Towarzystwo lumpiarskie nie dbało o Bernarda. Był im potrzebny, jak zawsze w takich przypadkach, do czasu.
Jaki jednak był kres historii koników Bernarda?
Którego letniego dnia, gdzieś chyba w połowie czerwca, policjanci dostali informację z zakładu energetycznego, że w domu Bernarda coś jest nie tak z prądem. Cala okolica wiedziała, że ma on odłączony prąd od kilku miesięcy, ale w domu nadal wieczorami świeciło się w oknie. Policjanci razem z elektrykami pojechali do Bialicy. Bernard spał w pijackim śnie pod pierzyną w dawnej sypialni. Mieszkanie zawalone gratami, śmieciami, brudne i śmierdzące zaćmione dymem z papierosów i  nieszczelnego komina napawało odrazą i przerażeniem. Z dziury w ścianie wystawał drut, który bezpośrednio prowadził do włącznika światła a stamtąd pajęczyną różnych przewodów prowadził do żarówki i do jednego z gniazdek. Bernard obudzony z pijackiego snu nie wiedział za bardzo gdzie jest i co się dzieje. Wygniótł zgrabiałymi palcami ostatniego papierocha z paczki. Odpalił, zaciągnął się i powoli w głowie zaczynało mu się rozjaśniać.
Panowie od prądu zrobili swoje, poobcinali kabelki, zabezpieczyli słup z prądem stojący przed domem i pojechali zostawiając Bernarda bez prądu bo przecież od miesięcy nie płacił.
Policjanci rozejrzeli się po podwórku. Z zamkniętej stajni dobiegały odgłosy parskania.
– Bernard co tam jest?
– Co, tam? Aha, tam są koniki, no Estera i Kalosz tam są…
– Otwieraj stajnię, zobaczymy koniki – zarządził jeden z policjantów, który akurat sam był miłośnikiem tych zwierząt.
Bernard przeszedł wewnętrznym przejściem łączącym pomieszczenia domowe z gospodarczymi i od środka otworzył stajnię. Policjanci weszli do wnętrza. W ciemnościach nad ich głowami zaświeciły oczy przerażonego konia. Stał on na blisko metrowej warstwie słomy z obornikiem, grzbietem ocierał się o sufit a co za tym idzie nie potrafił podnieść głowy tak jak kiedyś podnosił ją w zaprzęgu biegając przy wozie. Jego sierść była długa jak w zimie a to przecież było lato, jednak w stajni panował chłód przeszywający wszystko na wskroś. Koń był wychudzony do granic możliwości, żebra prawie przebijały się przez skórę.
– Mówiłeś , że tam koniki są, a tu jeden jest, to ile masz tych koników?- dopytywał policjant.
– Ile, ile – denerwował się Bernard najwyraźniej zaskoczony obecnością jednego konika w stajni, dwa były panie władzo, zawsze, dwa. Estera i Kaloszek. No ten to jest Kaloszek, ale gdzie jest Estera? – Bernard sam zaczął się zastanawiać i bezradnie rozglądać po ciemnej stajni.
– Może tu – odezwał się drugi policjant i przyświecił latarką do chlewa obok.
Tam na podłodze leżała Estera. Właściwie leżało to co z niej pozostało. Truchło Estery leżało na boku, ogryzione przez szczury. Bez trzewi, bez oczu, musiało leżeć już kilka dni, jeśli nie tygodni. Wystraszony Kalosz spoglądając na ciało matki strzygł uszami i wiercił się niespokojnie w swoim barłogu. Policjant uspokoił konika.
– Chodź Kaloszku, chodź, wyjdziemy na podwórko – zachęcał zwierzaka – no, wyjdziemy, spokojnie.
Kalosz powoli schodził z metrowej warstwy obornika. Jego nogi zesztywniałe od stania w jednym miejscu utrudniały schodzenie. Bernard stał oniemiały obok stajni w słońcu, którego było w nadmiarze, w zieleni chwastów i trawy obrastającej podwórko. Kalosz zobaczył zielone. W nozdrza wciągnął zapach lata, ciepłej trawy, takiej samej jaką jeszcze w zeszłym roku jadł z Estera na łące za stodołą. To dodało mu siły, zachęcił do wyjścia ze stajenki. Kalosz minął ciało martwej Estery.
– No, chodź, jeszcze trochę – ciągnął lekko uzdę policjant – idziemy na słoneczko.
Kalosz wyszedł na podwórko zostawiając za sobą przeszłość, nie patrzył na Bernarda.
– Idź Kalosz, idź – drżącym głosem odezwał się Bernard, wiedział, że to ostatnie spotkanie z Kaloszkiem – wio koniku, wio… –

 

D. 04.12.2016

 


 

 

 

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

3 Comments on “Wio koniku, wio…”

  1. „wio koniku, wio..
    Kto wie, może i Bernard spojrzy na błękit nieba, i niczym Kalosz zamknie za sobą drzwi przeszłości.Weźmie głęboki, trzeźwy oddech i ogarnie domostwo. A stara chałupa nabierze kolorów, nocą zaś ujrzymy delikatną poświatę żarówki w jego pokoju.
    Na podwórku stanie stare, zmarnowane czasem krzesło.Na nim usiądzie Bernard, zamyśli się , zmarszczy czoło, może nawet zapali fajkę ….. i zacznie snuć swoją historię.
    A Kalosz ? pewnie zagościł w wygodnej i czystej stajni. Każdego ranka galopuje po polach i tylko czasem przed jego wielkimi oczyma cień matki się ukazuje.
    Już jest dobrze, jest dobrze….
    „wio koniku, wio……”

    No i co? Człek poczytał, rozczulił się…..
    Pisz Pan , Panie Tomaszu…pisz……

  2. Wyjątkowo wzruszające opowiadanie, dzięki ciekawej narracji wciąga do świata przedstawionego. Z jednej strony człowiek chciałby więcej takich opowiadań, z drugiej jednak ileż można się wzruszać? Mimo wszystko chęć dalszego czytania bierze górę. Pozdrawiam ciepło i życzę owocnego pisania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *