Truskawki z Dębowej.

Czy ktoś jeszcze pamięta truskawki z Dębowej?

W latach 80-tych XX w. Frigoopol zakładała plantacje truskawek na Opolszczyźnie.
W okolicach Kędzierzyna-Koźla plantacje były w dwóch różnych lokalizacjach.
Jedna była w rejonie Sławięcic a druga w Dębowej.

Nie znam losów plantacji w Sławięcicach. Jednak z plotek w tamtych czasach jakie do nas na Dębową docierały wynikało, że gleby w tamtym rejonie były piaszczyste i suche a przez to uprawy truskawek trudne. Natomiast w Dębowej gleby są ciężkie, gliniaste, ale dzięki temu nawet w upały trukawki dobrze sobie radziły. Pamiętam jak w okresach suchych ziemia wyglądała jak spękana skorupa, szpary robiły się na grubość kilku centymetrów. Można było w nie pięść wsadzić. Ale truskawkom to nie przeszkadzało. Dzięki tej skorupie gleba „pod spodem” zachowywała wilgoć i truskawki owocowały.

Na terenie Dębowej na państwowych polach wytyczono działki do uprawy truskawek o różnych areałach. Najmniejsze były 15 arowe, największe jak kto miał siłę uprawiać, miały nawet pół hektara. Dzisiaj może to wydawać się śmiesznie małe, ale wtedy truskawki uprawiało się ręcznie; pielenie, opryskiwanie plecakowym (supernowoczesnym jak na tamte czasy) opryskiwaczem, podorywka ciągnięta przez konia od sąsiada ze wsi, ścinanie roślin po sezonie, podlewanie sadzonek wodą z pobliskiego rowu. A wszystko to pod kontrolą i radą agronoma. O ile dobrze pamiętam nazwisko pan Górski, albo Gorski z Kędzierzyna. Miał on swoją siedzibę w budynku, w którym był skup truskawek. Obok był mały kamerlik – biuro. Do dzisiaj pozostały z tego ruiny.

 

Dębowa. Budynek punktu skupu truskawek.

 

Nie wiem jakie było pochodzenie budyneczku z punktem skupu, ale był on tam już wcześniej. Zapewne służył do innych celów.

 

Dębowa. Budynek punktu skupu truskawek. Drzwi po lewej i dwa małe okna to dawne biuro.

O czym może świadczyć pozostałość po studni.

 

 

Budynek obrósł przez lata drzewami. Najciekawszym elementem są drzwi do biura. Pozostały w pozycji uchylonej. Obrosły drzewami w taki sposób, że nie da się ich ani zamknąć ani otworzyć, trudno jest też wejść do wnętrza biura.

 

Dębowa. Punkt skupu truskawek. Drzwi wejściowe do biura.

Do Dębowej dojeżdżało się drogą wyłożoną kamieniami, która pełna była dziur. Pamiętam, że tato narzekał na tę drogę. Jak twierdził, od tych dziur połamało się nawet łożysko w kole naszej Syrenki.  Ale po chyba 2 latach od założenia plantacji wyremontowano drogę, położono asfalt i sytuacja się poprawiła. Rzekomo było to zasługą firmy, która ulokowała się po sąsiedzku, a produkowała papę i smołę. Firma ta istnieje do dzisiaj. My mieliśmy do plantacji daleko, bo wtedy mieszkaliśmy w Kędzierzynie na Pogorzelcu przy wiadukcie. Byli tacy co mieli gorzej i dalej, bo mieszkali na Piastach. Na plantację jeździliśmy samochodem, ale też i rowerami. Nie było autobusów. W pobliskich Długomiłowicach zatrzymywał się pociąg, ale stamtąd było dobrze ponad kilometr do plantacji.

W tamtym czasie uprawialismy tylko jedną odmianę, była to Senga-Sengana. Truskawka plenna, ale wrażliwa i podatna na choroby, zwłaszcza szarą pleśń. Rośliny owocowały w jednym okresie od początku do końca czerwca. Zgrywało się to w czasie z owocowaniem czereśni na alejach w okolicznych wioskach. Zaraz po truskawkach zbierało się czereśnie.

 

Dębowa. Tablica informacyjna punktu skupu truskawek.

 

I w końcu zbiory…
Zbiory to wysiłek niemiły dla każdego. Albo na kolanach albo w kucki, albo na czworakach. Ogromny sprawdzian wytrzymałości kręgosłupów. Zbieralismy truskawki całymi rodzinami, przyjeżdżali znajomi, dzieciaki po lekcjach, albo w ramach wagarów. Jeżeli ktoś przyjeżdżał zbierać dla siebie to musiał „zarobić” zbieraniem. Reguła była prosta; 3 koszyki uzbierane bez szypułek dla nas a czwarty dla niego. Truskawki zbieraliśmy szypułkowane, czyli już bez ogonków. Jeszcze tego samego dnia musiały być odstawione do skupu a ten przyjmował je tylko bez ogonków. Ten gatunek nie wytrzymywał w koszyku dłużej niż 12 godzin. Dlatego zbiory poranne najpóźniej po południu lądowały w skupie i jeszcze tego samego wieczora musiały trafić do chłodni w Opolu.
I tak zbieracze zarabiali na siebie. Dzieciaki zbierały za pieniądze, były to drobne kwoty, ale zawsze coś tam dzieci zarobiły. Na dzisiejsze realia to było chyba ok. 1,50 za zebranie koszyka oszypułkowanych truskawek. Dzieciaki kombinowały, zbierały niedokładnie co większe truskawki byle szybko zapełnić koszyk. Uciążliwe było potem poprawianie po nich, bo to co zostawało dojrzałe a drobne na drugi dzień już się psuło na krzaku. Dlatego trzeba było wyzbierać dokładnie po „zbieraczach”. Niektóre dzieciaki wsadzały na spód koszyka liście truskawek, byle wykazać się jak najszybszym zbiorem. Potem krzywiły się gdy przetrząsaliśmy koszyk by sprawdzić czy pod  spodem nie ma zielonych truskawek a tam były liście.

Dębowa. Tablica informacyjna punktu skupu truskawek.

W skupie truskawki przyjmował skupowy. Był to człowiek zatrudniony przez Frigoopol, który jeździł z ciężarówką po skupach przy plantacjach na Opolszczyźnie. I od niego zależało jak nam przy odbiorze zakwalifikuje truskawki, czy jako I czy II gatunek. Od tego zależała cena a gatunek zależał od wielkości owoców.  Po przyjęciu truskawek składowane były one chwilowo w magazynie, lub od razu ładowane na samochód.

 

Dębowa. Pomieszczenie magazynowe punktu skupu truskawek.

Zaś on potem był ostro rozliczany w Opolu i dlatego zawsze starał się jak najniżej nam wycenić truskawki. My z kolei staraliśmy się uzyskać jak najlepszą cenę. Więc na dno koszyka szły drobne (gorzej wyceniane) a na wierzchu układaliśmy grubsze owoce. Na stercie układaliśmy koszyki z najlepszymi truskawkami na wierzchu a gorsze szły na spód sterty itd. Każdy miał swój sposób. Skupowy znał te sposoby i tak to trwała między nami ta dziwna walka. Nie brakowało specjalistów od małego „no to siup” na lewą i prawą nogę. Gdy pewnego upalnego dnia polali skupowemu to wszystko stało się pierwszym gatunkiem, ale sytuacja ta źle się dla niego w Opolu skończyła. Trzeba pamiętać, że samochód ciężarowy nie miał chłodni, truskawki zanim dojechały do Opola to zmieniły się w dżem. Ale to już było nie nasze zmartwienie.

A po co ludziom były truskawki?

Tu należy się małe wyjaśnienie młodszemu pokoleniu.
W owym czasie nie było w sklepach dżemów w takim wyborze jak obecnie, czy kompotów i innych przetworów. Większość zapasów na zimę robiło się w domu. Przeciętne gospodarstwo domowe zużywało nawet do 100 kg truskawek na przetwory. Dlatego ludzie zbierali „dla siebie” zarabiając zbieraniem. Niektórzy przyjeżdżali i kupowali za gotówkę całe wiadra truskawek, wielkie miski, wanienki dla dziecka itp. Jednak my plantatorzy musieliśmy godzić sprzedaż owoców prywatną ze sprzedażą do skupu. Mieliśmy bowiem obowiązek dostarczać truskawki do skupu, bo to Frigoopol dawał nam grunt, pomoc merytoryczną i „gwarancję” odboru owoców. Niestety cena firmowa była praktycznie cały czas o połowę mniejsza od tej na wolnym rynku.

 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wszedł do biura.
Biuro. Stoi tak od czasu powodzi w 1997r. Zalane było po sufit.
Ludowa ozdoba biurowa…
Pozostałości po pracach biurowych. Aż dziw bierze, że przetrwały.

 

W drugiej połowie lat 80-tych wprowadzono nową odmianę truskawek o nazwie Dukat. Teraz już mogły leżeć w koszyku praktycznie dwie doby i nie psuły się. Nie były też tak podatne na choroby jak Senga. Można było zbierać nawet te nie w pełni dojrzałe po południu. Leżały do rana w piwnicy, magazynie. Tam spokojnie dojrzewały i rano na targu wyglądały jak malowane. Niestety ich walory smakowe był dużo gorsze od Sengi. Senga jest nieporównywalna. Wszelkie obecne odmiany robione dla handlu i przemysłu a szczególnie te dekoracyjne/deserowe nie umywają się do Sengi.

Ogólnie uprawa truskawek w tamtym czasie i w tamtej technologii nie dawała wielkiej korzyści. Pracy było dużo. Praktycznie od wiosny do jesieni trzeba było pilnować plantacji. Ciągle było coś do zrobienia. Koszt uprawy był więc duży a zyski ze sprzedaży chwilowe, bo tylko w okresie zbiorów. Jedyna korzyść była taka, że w sezonie owocowym był gwałtowny przypływ gotówki.

Pod koniec lat 80-tych wprowadzono do uprawy czarne porzeczki, ale tym już nie wszyscy chcieli się zajmować. Po transformacji ustrojowej plantacja istniała jeszcze ze 2-3 lata . Opłacalność upraw spadła prawie do zera, nastąpiły trudności z wypłacalnością firmy i zaprzestaliśmy uprawiania truskawek. Plantacja umarła śmiercią naturalną.

Kilka lat temu firma Frigoopol zakończyła działalność jako przyczynę podając brak w okolicy produktów do mrożenia.

 

 

Taka była historia plantacji truskawek w Dębowej.

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

4 Comments on “Truskawki z Dębowej.”

  1. Rowerem na skroty przez Wiklinowa.Po szkole. ZaletY-mozna bylo jesc do oporu .Wady-po truskawkach chce sie …siku.Zapomnijcie o toi-toi.
    Plecy spalone,rak sie nie dalo umyc .Satysfakcja jednak wielka.
    p.s pole koniem obrabial Janek M.od nas z Debowej

  2. Mile dzieciaczki zbierajace truskawki, podkladajace na dno kobialki liscie i niedojzale owoce dzisiaj zapewne wypisuja memuary do konkursow literackich pt. „Jak je….m babcie komune”. Mozliwe rowniez ze biegaja dzisiaj po okolicy z pila lancuchowa z wiadomym i poruszajacyc Ciebie do zywego skutkiem.
    Dzieki Tobie wiem juz komu powinienem zawdzieczac szypulki w dzemie truskawkowym.
    Mam pytanie:Gdzie Pan Skupowy i zbieracze chodzili za potrzeba? Moze w odpowiedzi na to pytanie tkwi tajemnica niepowtazalnego smaku Senga Sengana?
    PS. Pan Janek M. podorywal truskawki Panu Jankowi R.

    1. Nie znam losu dzieciaczków zbierających truskawki. Obok punktu skupu był wychodek z drewna z serduszkiem wyciętym w drzwiach. Niestety nie pozostały po nim żadne ślady. P.S. Nie pan Janek M. podorywał truskawki Panu Janowi R. a Józef F.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *