Sanatorium. Bliżej celu. Kolejny fragment wybrany przypadkowo.

Kraków Główny.
Dworzec ładny i rozumiały nawet dla tak opornej jednostki jak Kowalski. Po prostu nie da się tu zgubić.
Dotarcie do galerii handlowej – jednego z najniezbędniejszych we współczesnym życiu Polaka obiektu – nie sprawia najmniejszego problemu.
Używając stosownych wind i schodów oraz wyznaczonych traktów Kowalski dotarł do autobusowych kas biletowych.
Dwie otwarte. Przy jednej pusto, przy drugiej miliard chętnych na bilet czekających cierpliwie jak barany na rzeź.
Kowalski podszedł do tej pustej. Właśnie oddalił się od niej niewidomy uczestnik ruchu pasażerskiego. Pani w okienku spojrzała na Kowalskiego z wyczekiwaniem.
– Gdzie mogę nabyć bilet przewoźnika ….?
– Tutaj. Dokąd? – kobieta pociągnęła gładko temat zaskakując Kowalskiego w którego głowie już dojrzewała świadomość, że za chwilę stanie się miliardpierwszym elementem kolejki do sąsiedniej kasy.
– Do W…..
– Na 13 -tą ?
– Tak.
– 29 złotych.
– Już płacę – szukając pieniędzy Kowalski zastanawiał się dlaczego kasjerka wzięła go za upoważnionego do obsługi w tym okienku i czy ta chwila szybko nie minie. Niewiele jednak myśląc wsunął we właściwą szczelinę podawczą banknot stuzłotowy by nie pozwolić kobiecie przerwać tej miłej sytuacji.
Z kolejki obok nie  dobiegały żadne odgłosy. Czuł jednak na plecach ten miliard spojrzeń i nie tylko.
Odebrał bilet. Za nim już ustawił się sznurek chętnych do zapłacenia. Kolejny element sznurka zagadał coś po angielsku do kasjerki.

Burger King.
W nagrodę za sukces dotarcia do Krakowa w jednym kawałku Kowalski postanowił zafundować sobie stały ulubiony zestaw w tej firmie. Whopper z frytkami i kawą zamiast gazowanego coś tam coś tam.
– Kawa duża? – dopytywał Janek zza kasy.
– Nie dziękuję, wystarczy mała biała.
– Polecam dużą, jest tylko 1 zł różnicy w cenie a kawy dwa razy tyle.
– Dziękuję, nie chodzi o złotówkę tylko o pojemność.
– Ja tam zawsze piję dużą – przekonywał Janek, posiadacz 50-kilogramowej nadwagi.

Kowalski rozsiadł się.
Je.
Obsługa na światowym poziomie. Pan sprzątający rodem z Indii lub Pakistanu. Sprząta, się krząta. Nikt na niego nie pluje, nikt go nie szturcha. Nie atakuje za kolor skóry .
Takie tam nieistotne spostrzeżenie.
Zjedzone.
Kowalski wyjął zeszyt i długopisem zanotował w nim to wszystko co przed chwilą przeczytaliście (zakładam optymistycznie, że liczba czytelników będzie mnoga).
Podniósł wzrok znad zeszytu. Ludzie w kolejce patrzą na niego i zeszyt z dziwnym wyrazem twarzy.
A może to tylko życzliwość?

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

One Comment on “Sanatorium. Bliżej celu. Kolejny fragment wybrany przypadkowo.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *