Michałek Mikołaja

Dziadek uparł się, żeby przyozdobić mój ogród.

– Przywiozłem ci Michałka, gdzie go posadzić? – zapytał trzymając w jednej garści krzak z gołymi korzeniami i bez liści a w drugiej łopatę, przytaszczoną zapewne na wszelki wypadek gdybym nie chciał sadzić Michałka – Mikołaj mi dał. Powiedział, że ma za dużo to pomyślałem, że tobie się przyda – uzasadniał dziadek.

 

 

 

– Nie wiem, nie mam pomysłu na Michałka – odparłem rzeczywiście bez pomysłu, bo i skąd go mieć gdy nawet nie wiedziałem kto zacz ten Michałek, jak rośnie i w ogóle co z niego będzie.

Poszedł więc dziadek na tył ogrodu i gdzieś tam w pobliżu tarasu w jednym rogu posadził Michałka od Mikołaja.

Mikołaj.
Sąsiad jak wielu innych na osiedlu. Nie znałem go bliżej, tyle co zwyczajowe dzień dobry przy spotkaniu na ulicy. Pracowity, spokojny, skrajnie oszczędny co zapewne spowodowane było doświadczeniami życiowymi.
Od czasu gdy przeszedł na emeryturę jedyne co kochał, poza rodziną swoją oczywiście, to działka. Działeczka, działeczniuńka. Najpiękniejsza na terenie ogrodów działkowych, pełna słońca, zieleni, soczystych owoców, bogata w strojną altanę obrośniętą piękną winoroślą.
Mikołaj był pionierem na tutejszych ogrodach działkowych w uprawie Aronii czy Borówki Amerykańskiej. Wiedział wszystko o wszystkim w ogrodzie, kiedy podlać, gdzie podlać co i jak podsypać, jaki obornik i dlaczego akurat teraz a nie wtedy. Sąsiedzi Mikołaja szanowali i lubili bo nie był egoistą. Pomagał chętnie, służył radą, pomagał przycinać drzewka i krzewy a i w chorobie zastępował działkowiczów na ich ogródkach.
I Mikołaj miał kota.
Kota?! Miał ich całe stado. Dbał o koty, zawsze coś tam do miseczki im podrzucił a one odwdzięczały się łapiąc myszy. Mikołaj był na działce każdego dnia w ciągu roku. Lato, zima czy wiosna. Nie było dnia bez Mikołaja. Każdy dobry działkowicz wie, że działka wymaga opieki codziennej, troski i dbałości.

I przyszedł dzień ten podły gdy wszystko w życiu działki Mikołaja wywróciło się do góry nogami. Pojechał Mikołaj na rowerze na działkę. Do pokonania odcinek był niewielki i jedyne  niebezpieczeństwo jakie mogło stanąć na drodze każdego kto tam na działki zmierzał to droga prowadząca ku wylotowi z miasta. Ale drogę tę Mikołaj znał bezbłędnie. Wiedział jak podjechać, jak zakręcić i na co i w  którym momencie uważać. Niestety drogi nie znał dobrze kierujący szybkim samochodem, który wyjeżdżał z miasta. Nie był to ostrożny kierowca. Jechał szybko nie zważając na to co się wokół jezdni dzieje, bo i co może się dziać na wylocie z miasta, na jego końcu, gdzie już nikt nie chodzi. A właśnie do jezdni zbliżył się Mikołaj ze swoim rowerem. Tutaj zawsze schodził z rowera i przeprowadzał go przez jezdnię i potem dalej między pola łąki…. Niestety nie tym razem.
Nie zobaczył Mikołaja kierowca co to szybkim samochodem jechał i potrącił Mikołaja prowadzącego rower.
I Mikołaj upadł na jezdnię.
I już nigdy się nie podniósł.
Po kilku dniach Mikołaj odszedł od nas na zawsze.
Działka pozostała we władaniu żony, ta jednak nie była w stanie podołać jej utrzymaniu. Koty zostały bez pana, działka zmieniła właściciela. Ten niestety nie dbał o nią już tak jak Mikołaj. Kilka lat minęło od tamtych wydarzeń. Działka Mikołaja jak zmieciona huraganem zniknęła z pejzażu ogrodów działkowych. Ruiny altanki dogorywają pod pręgierzem zdziczałych winorośli, odwiedzane sporadycznie przez okolicznych meneli. Nic już nie ma na działce, wszystko marności.

I tylko mój Michałek kwitnie każdego lata u podnóża tarasu i przypomina mi o Mikołaju.
Taki właśnie Michałek Mikołaja.

 

 

 

 

 

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *