Kocha, lubi, szanuje. Ślęża, miłości wyznanie. Opowiadanie.

– Kocha, lubi, szanuje. Kocha, lubi, szanuje – Krysia szła górską ścieżką i powoli, dokładnie wyrywała kolejne płatki stokrotki.
Kilka metrów przed nią szedł Jacek.
– Kocha, lubi, szanuje – kontynuowała – Jacek zwolnij. Trochę tu niewygodnie, ciężko się idzie – zawołała do Jacka bo jednoczesne koncentrowanie wzroku na stokrotce i wspinaczka nijak w parze nie szły. I ta ostatnia trudną się stawała.


Krysia z Jackiem wspinali się na Ślężę – górę w pobliżu Wrocławia.
– Krysiu, dla ciebie wszystko. Chcesz, na rękach cię wniosę na samiusieńką górę – zawołał radośnie Jacek.
– Ach, głuptasie nie trzeba – roześmiała się Krysia.
Jacek podał jej rękę i tak wspólnymi siłami wspinali się dalej. Wyliczanka ze stokrotki na chwilę odeszła w zapomnienie.
Było gorąco, upalne lato 1972 roku dawało się we znaki. Lipcowe popołudnie na obozie harcerskim u zbocza Ślęży wszyscy mieli do własnej dyspozycji. Krysia z Jackiem skorzystali z tej okazji i wymknęli się z obozu. Postanowili sprawdzić czerwony szlak na sam szczyt.
Szlak chyba stary, w niektórych miejscach wyłożony kamieniami, jakby specjalnie do tego celu ciosanymi
– Komu to tak chciało się robić – zastanawiał się Jacek.
– Ach Jacku, jak tu pięknie – roztkliwiała się Krysia – czujesz ten zapach lasu, słyszysz te ptaszki ?
Krysia miała 17 lat, Jacek 18. Obydwoje pochodzili z Wrocławia. Przyjechali na obóz harcerski i poznawali okolice wspólnie z całym obozem harcerzy. Dzisiaj chcieli sprawdzić szlak czerwony aby lepiej znać teren przed wszystkimi uczestnikami. Ten szlak nie był jeszcze badany przez harcerzy.
Tak więc wspinali się powoli ku szczytowi. Szlak prowadził raz stromym zboczem, a zaraz trochę łagodniej. W niektórych miejscach jakbyś szedł korytem wyschniętego strumienia zatopionym w zaroślach, innym razem wyłożony kamieniami niczym chodnik.
Po około pół godzinie wspinaczki dotarli na Spocznik. Miejsce, które sami sobie tak nazwali bo niektóre głazy leżąc przy szlaku jakby wołały aby na nich usiąść i odpocząć.
– I co wynikło ze stokrotki? – zapytał Jacek, który już wcześniej słyszał wyliczankę i przy każdym wyrwanym płatku coś tak gorąco mu się w brzuchu robiło jakby od kolejnego płatka zależało co będzie dalej z jego losem.
– Nie wiem – odparła filuternie Krysia – ale mogę sprawdzić jeśli jesteś ciekawy….
Jackowi zaschło w gardle, chciał żeby sprawdziła, ale to tak głupio powiedzieć dziewczynie, że się chce.
– Jak już zaczęłaś to może po prostu dokończ wyliczankę – rzucił spokojnym tonem maskującym przyspieszone bicie serca. Krysia od dawna mu się podobała, jednak nigdy nie miał okazji ni sposobności by jej o tym powiedzieć.
– Kocha… lubi… szanuje… – Krysia powoli kontynuowała niezakończoną wyliczankę na płatkach stokrotki.
– Stop – Jacek przykrył dłonią kwiatek w ręku Krysi – ja wiem co jest na końcu…
– Skąd wiesz? – Zapytała Krysia patrząc prosto w oczy Jacka.
– Bo to o mnie ta wyliczanka – odparł – bo, bo ja nie chcę żebyś się doliczyła.
– Czego mam się nie doliczać? – Krysia nadal patrzyła prosto w oczy Jacka. Jej serce też mocniej zabiło, w brzuchu załopotały motyle – czyżby on, Jacek też czuł coś podobnego?
Jacuś przysunął się jeszcze bliżej do Krysi. Ich oczy były bardzo blisko, ich usta…
– Nie powiem – Jacek się zarumienił – nie potrafię – brnął w zawstydzeniu, ale patrzył nadal w oczy Krysi.
– Boisz się czegoś? – dopytywała Krysia.
Jacek bał się. Tak, to najwłaściwsze określenie tego co czuł. Bał się, że gdy już powie że kocha Krysię to czar pryśnie i ta chwila będzie ostatnią piękną chwilą w życiu.
– Ale wiesz Krysiu – powoli jednak się przemógł – wiesz, że coś czuję. Jesteś taka ważna dla mnie i.. wiesz… ciągle myślę o tobie…
– Ja o tobie też Jacusiu – Krysia delikatnie złapała go za rękę – często…
– Czy myślisz Krysiu że to jest miłość?  – zapytał Jacek wprost.
– Myślę, że tak.
– Kocham cię Krysiu, bardzo cię kocham – Jacek wyrzucił jednym tchem z siebie.
Zamknął oczy i czekał aż czar pryśnie.
Ale czar nie prysnął.
– Ja ciebie też kocham Jacusiu.
Przytulili się mocno do siebie siedząc na tym głazie na Spoczniku i pocałowali się tak jak pierwszy raz młodzi ludzie się całują. I tak trwali w tym uścisku a ptaki nad nimi śpiewały, a słońce świeciło i tylko szum drzew przypominał, że wokół jest las a nie raj.
– Kocham cię Krysiu i zawsze będę z tobą.
– Zawsze? – upewniała się Krysia.
– Zawsze – roześmiał się Jacuś – nie wierzysz?
– Wierzę wierzę – śmiała się Krysia, była taka szczęśliwa.
– Zobacz co zrobię – Jacek wyjął zza pasa finkę – zobacz – podszedł do drzewa.
– Ojej – krzyknęła zaskoczona Krysia na widok finki – co zrobisz?
Jacek nie odpowiedział. Wpatrywał się w drzewo, powoli skrupulatnie i w miarę dokładnie wycinał w korze buka kolejne litery wyrazu KOCHAM
– Nie kończ, nie zapeszaj – przerwała mu Krysia.
– Dobrze – Jacek nie wyrył całego wyrazu, pozostawił go niedokończonym – ale jeszcze coś – Jacek wypisał „WROCŁAW” a pod spodem 1972.
– I żebyś nie myślała, że to nieprawda, że będę cię nosił na rękach to proszę.
I pod napisem wydłubał finką koślawy rysunek postaci niosącej drugą postać na rękach.
– Och Jacku, nie trzeba było. Bardzo się cieszę, jestem taka radosna.
I wzięli się za ręce i poszli dalej w górę czerwonym szlakiem w kierunku szczytu Ślęży.
Nikt nie wie czy dotarli na szczyt i jak potoczyły się ich dalsze losy.

W sierpniu 2016 Kowalski wybrał się na wycieczkę na Ślężę.
Chciał wspiąć się na górę, którą wiele razy mijał w drodze do swoich ulubionych dolnośląskich zakamarków.
Nie miał dokładnych planów wycieczki. Stwierdził, że na szczyt dostanie się pierwszym napotkanym szlakiem.
I trafił na czerwony szlak.  Wspinał się a droga była nierówna, trudna i pełna niespodzianek. Szlak zarośnięty, ledwo widoczne oznaczenia wymagały czujności by nie zboczyć i nie zgubić się w lesie. Szlak czerwony niezbyt chyba lubiany jest przez turystów.
Przebrnął więc Kowalski przez wyschnięty o tej porze roku strumień

 

kawałek dalej szlak prowadził ścieżką wyłożoną nieregularnie kamieniami, wyglądały jakby kiedyś ktoś je tu ułożył celowo niczym chodnik.

 

Za tymi kamieniami znalazł dobre miejsce do odpoczynku. Głazy ułożone tak jakby zapraszały do rozsiądnięcia się na nich i skorzystania z gościnności. Usiadł więc. Słoneczko przebijało się przez korony drzew, w powietrzu unosił się zapach igliwia i leśnej wilgoci. I ta cisza, cisza przerywana ptasimi trelami. I coś jeszcze.
Coś w tej ciszy dobijało się do jego ucha. Wytężył słuch, podniósł wzrok szukając źródła tych dźwięków i zobaczył na drzewie różne wyryte na przestrzeni lat napisy. A między nimi…

 

Wiatr przeskakiwał w liściach drzew, bawił się nimi szeleszcząc jakby chciał powtórzyć Kowalskiemu te słowa. To właśnie słyszał Kowalski.
– Kocha… lubi… szanuje…

Sierpień 2016
Zdjęcia ze zbiorów autora.

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *