Edgar, fragment wybrany…

Problem bowiem z Edgarem był taki, że każdą sprawę z nim trzeba było wysłać do psychiatry i pomimo, że ten za każdym razem oceniał Edgara jako normalnego to każda kolejna tak durnowatą się wydawała, że bez psychiatry ani rusz.
Tak więc prokuratorka postanowienie o umorzeniu niepodbite stosowną pieczęcią potargała i sprawę przeciwko Edgarowi, co to magnetofon wart 250 zł ukradł, na właściwy tor skierowała. Tak by karząca ręka sprawiedliwości bla bla bla…

 

A gdy już pewnego jesiennego poranka ok. godziny 5,30 autobusy na PKS-ie w Koźlu zatrzymały się i wysiadły z nich setki ludzi zmierzających do pracy a to w mleczarni a to w PZG-sie a to w rzeźni i gdzie to tam jeszcze się mogli pomieścić Edgar plan swój iście szatański w życie wprawił.
Z komórki (z telefonem nie mylić) dobrał najodpowiedniejszą siekierę. Rozmiarów słusznych ta siekiera była. Edgar kilka razy z Felkiem z drugiej bramy, co to kiedyś był rzeźnikiem, świnie nią ogłuszał więc obuch miała potężny i ciężar właściwy. Do tego szatańskiego planu Edgara pasowała w sam raz, jak ulał – dosłownie i w przenośni – co zresztą swoje potwierdzenie znajdzie w dalszej części tej historii.
A więc ludzie wyleźli z autobusów na PKS-ie, rynek przemierzyli w stronę swoich zakładów pracy a Edgar z nimi jednak nie w tłum się mieszając a za tłumem idąc udał. Zatrzymał się na środku rynku. Zaraz przy wystawie z zegarkami. Owego czasu majętny był jubiler na rynku co nie tylko złota i srebra sprzedawał, ale i zegarki miał z prawie górnej półki. Według Edgara były one z górnej bo to ta najwyższa była i kiedyś nawet o to pokłócił się z jednym cyganem, ale nie na tyle żeby sobie po mordzie dać. Ot, uważał Edgar, że swój rozum ma i jak coś jest na górnej półce to jest i basta. Na dole miejsca puste były po złotach co to je na noc jubiler chował, ale zegarki zostawały na swoim miejscu.
Stanął więc Edgar przed wystawą, siekierą się zamachnął i łup z całej siły w okno, za którym precjoza prawie szwajcarskiej roboty na półeczkach na niego czekały. Siekiera jęknęła, szybka stęknęła, i nic. Zegarki z politowaniem spojrzały na być może nowego przyszłego właściciela. On też do nich z uczuciem, ale z innej półki. Edgar widząc nieskuteczność pierwszego ciosu bzdryng w szybę raz kolejny i bzdryng kolejny raz, aż na płaszczyźnie pokazała się ryska. Jedna, druga, potem jeszcze kilka. Po kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu – co trudno określić, bo Krasicka co to szła akurat do mleczarni z ostatniego autobusu przez rynek i patrzyła na poczynania Edgara jakoś nie umiała się doliczyć – szyba ustąpiła. Jednak nie rozleciała się w drobny mak jakby kto sobie wyobrażał. Zrobiła się w niej dziura takich rozmiarów, że siekiera się w niej zaklinowała, dokładnie tak jak Edgar wcześniej nie przewidywał. I musiał się biedny naszarpać żeby siekierę z dziury wytarmosić i dostęp do zegarków udrożnić.
– Rzeczywiście pasowała jak ulał do tej roboty – pomyślał zaskoczony Edgar nie pojmując znaczenia tych słów.
Miejsce, które tłukł beznamiętnie siekierą obnażyło swoją słabość o której zapewne producent klejonej 7 warstwowej szyby antywłamaniowej pojęcia nie miał. I powstała dziura. W sam raz na rękę Edgara. Wraził więc łapę w dziurę nie bacząc na wrzaski Krasickiej – co mu tam baba będzie się darła, niech idzie do domu i na starego swojego się drze, nie na niego tu… Edgara. On wie co robi.
Jednak błąd jakiś w sztuce musiał się po drodze przytrafić, bo dziura za nisko była a upatrzone zegarki za wysoko. I musiał Edgar na kolana przed oknem jubilera paść i ręką gmyrać ku górze. A ludzie tymczasem kolejni z autobusów wysiadali i przez rynek szli. Niektórzy z zadziwieniem poczynania Edgara obserwowali, jednak nie na tyle bacznie by przystanąć, ważniejsze bowiem było dotarcie do roboty na czas. I tak klęczał Edgar przed oknem jubilera na środku rynku. Jedną ręką wspierał się na dolnej krawędzi futryny, żeby równowagi nie stracić. Policzkiem wtulał się jak najmocniej do szyby jakby to miało go do łupu przybliżyć. Z wgniatanego w szkło nosa smarki ciekły mu po ustach, sapał i dyszał przy tym niemożebnie aż prawie do omdlenia się doprowadzając, bo wysiłek niezmierny był w takiej pozycji złodziejską sztukę uprawiać. Tak męcząc się drugą ręką grzebał po półkach jubilerskich. Prawie na oślep przez to wszystko nią kierując. Jako że szyba ze szkła była ekstra klasy to krawędzie jej ostre stawiały opór złodziejskiej chciwości. Tak więc Edgar wsadzał łapę i ku górze po omacku nią kierował a szyba go przytrzymywała i im mocniej on pchał łapę ku zegarkom tym mocniej szyba go szarpała. Im mocniej on parł, tym więcej krwi na ostrych krawędziach dziury w szybie zostawało. Edgar nawalony jak stodoła nie czuł bólu w ręku. Zaślepiony chciwością i odurzony alkoholem jedynie blask precjozów kątem oka dostrzegał przed nosem. Dobrał się w końcu do fantów za szybą jak niedźwiadek do miodu w barci w drzewie. Wygarnął ile tylko się dało. Zdarł  z siebie kurtkę, zegarki z pudełkami i tymi plastikowymi podstawkami wraził do kurtki, wszystko raz dwa ładnie zawinął i…

cdn…

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

One Comment on “Edgar, fragment wybrany…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *