Dziękuję Renato.


– A ludzie, mieszkańcy? Poznałeś kogoś ciekawego?
– Początkowo nie. Gdy przyjeżdżałem do D. czułem się trochę nieswojo.
Co prawda grunt kupiłem od znajomego, jednego z mieszkańców D.
On jednak mieszkał na drugim końcu wsi i potem rzadko go widywałem.
Ale była pewna osoba, kobieta mieszkająca naprzeciwko.

 

 

– Kobieta? Hm… ?
– Nie nie, nic z tych rzeczy (śmiech). Prosta wiejska kobieta. Z prostymi regułami i zasadami. Ze swoimi słabościami, które ją potem wykończyły. Każdy jest ładny na swój sposób.
– Dlaczego akurat ją zapamiętałeś?
– Bo tylko ona z okolicznych mieszkańców nie odmawiała mi pomocy. Na początku na działce nie było nic. Stała stara rudera sprzed wieków, nie było prądu, wody. Wszystko musiałem sam organizować. I właśnie ona była kiedyś w swoim ogrodzie a ja zapytałem ją czy ma wodę. Wiesz, potrzebowałem wody do celów, powiedzmy, przemysłowych, nie do picia.
– Wody nigdy się nie odmawia – pamiętam jak mnie pierwszy raz takim tekstem powitała i później zawsze tak mówiła. Potem to już nawet nie pytałem, tylko brałem wiadro i prosto do Renaty. Nawet gdy nikogo nie było w domu mogłem korzystać z kranu za stodołą. Z czasem zaznajomiliśmy się. Zawsze zrobiła mi kawę, zawsze było coś do kawy, czasem zapaliłem z nią papieroska.
Cudzesy najlepiej smakują.
To były trudne czasy, po transformacji ustrojowej. Na wsi wszystko jeszcze było jak w PRL-u.
– Dużo rozmawialiście?
– Przy kawie zawsze się o czymś rozmawia. Powiedzmy, że nie obgadywaliśmy sąsiadów, bo ja tam nikogo nie znałem, ale Renata nie szczędziła mi szczegółów, zawsze przy tym zastrzegając:
– ale nie żebym ja obgadywała, bo mnie tam czyjeś sprawy nie obchodzą – zabawnie to brzmiało bo następne zdanie było takie:
– ale ta, lub tamta to wtedy to i to…
Siedziałem więc przy kuchennym stole, sączyłem kawę i wpuszczałem niektóre rzeczy jednym a wypuszczałem drugim uchem. Tym bardziej, że nie wiedziałem o kim mowa.
Czasem ktoś znajomy przychodził do Renaty.
Była bardzo gościnna i otwarta.
Gdy czegoś potrzebowała to jej pomogłem, najczęściej gdy trzeba było gdzieś pojechać, kogoś zawieźć albo coś przywieźć z miasta.
O moim nowym sąsiedzie też się dowiedziałem i czas pokazał, że miała rację w wielu sprawach a w jednej szczególnie, że nie będzie mi koło niego dobrze.
Renata była dziwną osobą. Hałaśliwa, krzykliwa, nie pamiętam żeby do swojego, starszego o kilkanaście lat męża, odezwała się w spokojny sposób. Można powiedzieć, że gdy Janek coś robił, lub czegoś nie zrobił to wołanie Renaty słyszał nie tylko on ale i cała wieś.
Gdy ją poznałem na przełomie lat 80/90-tych miała ok. 30 lat. Prawdziwy tytan pracy.
Opowiadała mi jak to dostali te swoją chałupę w spadku po jakiejś ciotce czy kimś tam z rodziny. Ona z tym Jankiem się ożeniła…
– Wyszła za niego…
– Tak, no fakt, wyszła za niego. On był z sierocińca i był goły i wesoły. Obydwoje nie mieli nic, tylko tą skorupę i siebie. I wyobraź sobie, sami krok po kroku, własnymi rękami wyremontowali ten dom. Do gospodarzy chodzili pomagać w polu, dorabiali gdzie tylko się dało. Ona pracowała w szpitalu na najniższej pensji, on w warsztacie. Miodu nie mieli. Wszystko co zarobili ładowali w ten dom. Jedli chleb ze smalcem i to co wyhodowali w domu.
Ale byli razem i łączyła ich ta ciężka praca. Jankowi chyba nawet było dobrze gdy Renata czasem pokrzyczała. Opowiadała, że był czas, że jak kładli się spać to nie było sufitów, dachu i spali pod gwiazdami.
Rozumiesz, na swoim, sami i pod gwiazdami.
I oczywiście zdrowie. Nie dbała o zdrowie bo dom najważniejszy, bo jeszcze dach i trzeba zarobić, bo jeszcze nowe ogrodzenie, żeby nie było gorzej niż u sąsiadów.
– Mieli dzieci?
– Renata miała problemy ze zdrowiem. Chyba nawet początkowo nie wiedziała, że ma cukrzycę.  Kilkanaście razy poroniła, przynajmniej tak twierdziła. Ostatni raz gdy poroniła to było w trakcie powodzi w 1997 r gdy strażacy ewakuowali ich z domu. W trakcie wsiadania do łodzi strażackiej….
– No tak, ale ostatecznie chyba mają dziecko?
– Tak, Renacie bardzo zależało. I w końcu doczekali się córki. Pamiętam ją, malutkie dzieciątko leżało a potem siedziało a potem stało w łóżeczku. Renata jeździła do pracy do Niemiec, bo miała paszport niemiecki a wtedy nie wszyscy z Polski mogli tam pracować.
Dziecko rosło.
Kiedyś przywiozła z Niemiec wielką lalkę chodzącą. Chyba z metr wysokości miała ta lalka. Była zapakowana w karton i tak była w tym kartonie przez półtora roku. Renacie szkoda ją było rozpakowywać bo córa jeszcze za mała. Aż w końcu córka dorosła i sama porozrywała opakowanie.
– Miałeś w ogóle zamiar tam mieszkać?
– Tak. Co prawda działkę z ruderą nabyłem bez celu, ale z czasem zatliła się myśl, żeby ruinę wyburzyć i w to miejsce postawić dom. I pod koniec lat 90-tych zamieszkałem w swoim domu, niedaleko Renaty. Praktycznie widząc jej okno kuchenne. Nieraz potem gdy czegoś potrzebowała to uchylała okno i wołała mnie donośnym głosem.
Czas mijał. Przestałem tam chodzić po wodę bo już miałem u siebie wodę z wodociągu, ale nie przestałem chodzić na kawę.
W końcu przeprowadziłem się do D. I tak mieszkaliśmy tam z całą moją rodziną. Ale wszystko inne robiliśmy nadal w mieście. Aż nastała pierwsza zima w tej D.
A zima była ostra i śnieżna. Ja bez pojęcia co tam na takiej wiosce może się wydarzyć a wierz mi, wioska 4 km od miasta a jakbyś był w innym świecie. W mieście mrozik, lód i zero śniegu…
– A tam, we wsi?
– A we wsi metr śniegu. Nie do pomyślenia. Podobno jesteśmy na jakiejś wietrznej coś tam coś tam i nic tam nie wieje od miasta tylko z pól i dzięki temu mamy zdrowe powietrze, ale w zimie więcej śniegu.
– Rozumiem.
– Tak. I pewnego dnia wracamy wszyscy do domu. Było to w grudniu, ciemno, wieczór. Jadąc drogą do wioski już wiedziałem, że nie będzie wesoło. Na szczęście w domu ciepło bo nowoczesne centralne grzeje. Chyba, bo potem nieraz się okazywało, że wiatr zrywał druty i nowoczesne centralne nie grzało, bo nie było prądu.
– Tak, ale co było tego dnia gdy wracaliście w śniegu do domu?
– Dojechaliśmy z trudem przed dom. Ja już miałem duszę na ramieniu bo wyobraziłem sobie jak jesteśmy zasypani i że nie wejdziemy do domu, nie wjadę do garażu i …
– I co, wjechałeś?
– Podjeżdżam przed dom a tam wszystko odśnieżone…
– Jak to odśnieżone?
– Wjazd na posesję, dojazd do garażu, dróżka do domku. Wszystko odśnieżone. A obok garażu widzę, że ktoś tam się rusza i wywija łopatą a śnieg aż fruwa w powietrzu. W świetle latarni nie widziałem dokładnie kto to…
– Kto to był?
– Nie zgadniesz… Renata.
– Cześć, odśnieżyłam wam bo domyślałam się, że nie dacie rady wjechać – Renata odsunęła do tyłu czapkę opadającą na oczy. Z czoła parowało a mokre kosmyki włosów opadały w nieładzie na spoconą twarz. Z ust wydobywały się obłoki pary.
– Cześć – odparłem zaskoczony – zabrakło mi myśli w głowie i logiki w języku. Jedyne co z siebie wydusiłem – a skąd masz łopatę?
– Łopatę mam swoją…
Renata żyła jeszcze kilka lat. Zmarła po amputacji nogi w wyniku miażdżycowych powikłań. Nigdy jej za to odśnieżanie nie podziękowałem, nie wiem dlaczego.

Dziękuję Renato.

 

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *