Czy Pan Bóg tak chciał? Wyprawa w samotności na Skalnik.

Niedziela.
Rano o godz. 8.00 zameldowałem się w kościele w Leszczyńcu.
Dawno nie byłem na mszy. Nie wiem czy miała ona znaczenie dla dalszego mojego życia. Może dla czyjegoś?  To zapewne okaże się później.
Tego dnia na celownik obrałem Skalnik…

 

 

…niewielki szczyt z punktem widokowym Ostra Mała w Rudawskim Parku Krajobrazowym.
Ten wypad w góry miał być moim samotnym wypadem.
Potrzebowałem wyciszenia. Chciałem czas spędzić sam bez żadnego towarzystwa.
Z mieszkania kuzynki Ani nie miałem daleko. Na piechotę licząc od domu może dwie godziny spacerkiem. Szlak niebieski nie jest trudnym szlakiem.
Jednak postanowiłem skrócić wyprawę bo generalnie nie chodziło o wielkość szlaku a sam fakt odwiedzenia Skalnika, który widziałem ostatni raz dobre 30 lat temu.
Pojechałem więc samochodem do Czarnowa.

 

 

Rozjazd dróg na Czarnów i Pisarzowice.

 

Mała górska  miejscowość z krętymi asfaltowymi dróżkami.
Minąłem kilka ciekawych chatek.

 

 

Czarnów.

 

Gdzie ten szlak?
Zatrzymałem się obok jakiegoś gospodarstwa  aby zapytać o drogę. Za mną stanął samochód i musiał odczekać aż zrobię przejazd.
Po numerach rejestracyjnych wywnioskowałem, że samochód z odległego województwa.
– Przepraszam państwa, ja tylko zapytam o drogę bo szukam Czartaka – zagadałem do kierowcy. Obok siedziała kobieta, a z tyłu jeszcze ktoś, nie widziałem kto.
– Pan na Czartak? My też – odparł mężczyzna.
– To dobrze, to ja zapytam o drogę.
Po chwili już wspólnie, w dwa samochody udaliśmy się zgodnie ze wskazówkami pana z domku w kierunku Czartaka.
Zatrzymaliśmy się przy dawnym schronisku Czartak, z którego obecnie pozostała tylko nazwa, bo obiekt w rękach nowych właścicieli skutecznie odstraszał napisem „Teren prywatny”.

 

Dawne schronisko PTTK Czartak.

 

Zawiasy starych drzwi zaskrzypiały okrutnie i po chwili wyłoniła się zaspana pani z czochrem na głowie.
– Nie, tu nie ma parkingu, tu jest teren prywatny. Parking jest tam trochę dalej – poinformowała nas wyjątkowo uprzejmie wskazując palcem kierunek w górę.
Przestawiliśmy samochody na wskazany parking i udaliśmy się zgodnie ze wskazówkami mapy posiadanej przez państwa z sąsiedniego samochodu.
– Tomek jestem – zagadałem w kierunku małżonka tamtej pani.
– Marek, Teresa i córka Marta.
Rodzice wyglądali na moich rówieśników, Marta na ok. 20 lat.
Poszliśmy dalej.
Trochę pod górkę, więc nie za bardzo klimat do gadania, bo trzeba łapać miarowy oddech.
Minęliśmy kolejny stary domek.

 

Czarnów, kolejny stary domek.

Weszliśmy już w las. Mijaliśmy piękne świerki, krzaki jagód uginające się pod ciężarem dorodnych owoców.

 

Rudawy Janowickie. Koźlarz, chyba. Grzybiarzem nie jestem 🙂

Gdzieniegdzie spoglądały na nas nieufnie podgrzybki i koźlarze, zupełnie inaczej niż wszędobylskie trujaki.

Rudawy Janowickie. Tego grzyba by, nie zjadł.

 

Marek zapędził się w poszukiwaniu koźlarza w jagodzisku i wlazł w podmokły teren
– Cholera – burknął pod nosem – te buty wcale nie są nieprzemakalne.
– A miały być – rzuciła jego żona.
Całą grupą poruszaliśmy się spokojnie w kierunku Skalnika.
Rozmawialiśmy trochę o wszystkim i o niczym, tyle na ile pozwalał wysiłek na szlaku.
Ostre podejście zboczem. Między korzeniami i głazami każdy krok musi być rozważny.

 

Rudawy Janowickie. W drodze na Skalnik.

Nie ma tu miejsca na dyskusję.
– Ta mała zostaje z tyłu – rzuciłem  do małżonków.
– Marta tak zawsze, ona trochę z tyłu zostaje – odparł Marek, a żona spojrzała na niego potwierdzającym wzrokiem.
Szliśmy dalej.
Nadal jagodziska, kamienie i świerki. Piękna ta okolica.
Pogoda była dzisiaj bardzo zmienna. Rano świeciło słońce, potem chmury i deszcz.
Teraz mieliśmy pochmurno.
Pomimo niskiej temperatury, ok 18 stopni zrobiło się parno i duszno. Trzeba było zdjąć bluzę, przewiązać  ją wokół pasa i dalej w górę.
Zbliżaliśmy się do Koni Apokalipsy.

 

W drodze na Skalnik.

Konie Apokalipsy to skałki w ciekawych kształtach.

Rudawy Janowickie. W drodze na Skalnik.

Oto one:

Rudawy Janowickie. Konie Apokalipsy.

I kolejne…

Rudawy Janowickie. Konie Apokalipsy.

I jeszcze jedne…

Rudawy Janowickie. Konie Apokalipsy.

I jeszcze zdjęcie panoramiczne i idziemy dalej.

Rudawy Janowickie. Konie Apokalipsy.

Dotarliśmy do grzbietu wzniesienia. Tu jest zbieg szlaków.

W drodze na Skalnik.

My poszliśmy w kierunku szczytu Skalnika. Po drodze mijaliśmy zamglone widoki…

W końcu doszliśmy do celu wyprawy. Przed nami Skalnik.
Niestety nie jest imponujący jeżeli chodzi o wygląd. Ot zwykły napis na drzewie „Skalnik 945 m n.p.m.”
Na tym szczycie była kiedyś drewniana wieża widokowa.

Skalnik szczyt.

Żeby nie było, że bajdurzę.
Tu byłem.


I to by się z geograficznego punktu widzenia zgadzało.
Jednak nie o to chodzi w wyprawie na Skalnik.
Więc o co?
Trzeba wleźć na skałę i zobaczyć kotlinę i góry z naprzeciwka.
I poczuć wysokość i odetchnąć świeżym, pchanym od dołu powietrzem.
I poczuć się jak w niebie, bo ziemia daleko.
I tak sobie stać i oddychać.
Punkt widokowy jest kilkadziesiąt metrów od miejsca wyznaczającego najwyższy punkt w tym paśmie górskim.
Ale zanim doszliśmy do niego minęliśmy po drodze inne.

Skalnik, skałki przy punkcie widokowym Ostra Mała.

I jeszcze taką.

Skalnik. Skałki przy punkcie widokowym Ostra Mała.

Podobno wszystkie te skałki maja swoje nazwy.
Doszliśmy do skały, na której znajduje się punkt widokowy.
To Ostra Mała, a tędy się na nią wchodzi.

 

Ostra Mała. wejście na punkt widokowy przy Skalniku. Rudawy Janowickie.

Na jej szczyt prowadzą schody z ułożonych granitowych bloków. Poręcz wykuta z żelastwa pamiętającego głębokie czasy PRL-u a może i jeszcze starsze.
Wdrapaliśmy się wszyscy po kolei na wierzch skały. Tam miał być widok dech zapierający a zobaczyliśmy chmury.

 

Ostra Mała. Widok przez mgłę.

Gęste chmury, które omijały nas na tej skałce. Płynęły szybko obok skały, pchane mocnym wiatrem.
Było ciepło, wilgotno, bardzo przyjemnie. Nie złościłem się na chmury. W końcu nie tylko widoki się liczą.
Stałem tak przez chwilę otaczany tym baletem obłoków, czułem wilgoć na twarzy i w tej chwili trochę mi szkoda było, że nie jestem sam. że jestem z nimi bo mógłbym sobie posiedzieć na ławeczce i poczekać tak z godzinę, aż może jakiś deszczyk by mnie stamtąd przepędził…

Panorama z mgłą z Ostrej Małej.

Jednak państwo  z córką po zrobieniu zdjęć postanowili zejść. I tak trochę jeszcze posiedziałem, popatrzyłem
i poszedłem za nimi.
To był koniec spotkania ze Skalnikiem i Ostrą. Ale nie koniec wyprawy.
Z góry postanowiliśmy zejść niebieskim szlakiem, jednak nie tą samą drogą a w przeciwnym kierunku.
Szlak miał schodzić w dół północnym zboczem i łączyć się z żółtym szlakiem, który z kolei zaprowadziłby nas do parkingu gdzie pozostawiliśmy samochody.
Schodziliśmy więc tym szlakiem, trochę rozmawialiśmy.
Wszechobecne jagody pozwalały nasycić lekki głód, poza tym były prawdziwą górską zdobyczą. Świeże, ledwo zerwane z krzaka lądował w naszych ustach po drodze barwiąc dłonie na ciemnoczerwony kolor. Marek śmiał się do Tereski granatowym uśmiechem, ona odwzajemniała tym samym. Marta nie nadążała ze zrywaniem. Wspaniałe przeżycie.
Marta strasznie była ciekawa grzybów, co chwilę oglądała napotkane okazy. Ojciec tłumaczył jej, że te są trujące a tamte z kolei może i dobre, ale już stare i nie nadające się do zrywania.
Schodziliśmy więc nadal. Szlak nie należał do łatwych.
Prowadził nas kamienistym żlebem, coś na kształt wyschniętego strumienia górskiego, najeżonego głazami, gdzie każdy krok trzeba dobrze przemyśleć i przeanalizować.
Omszałe śliskie kamienie tylko czekały na naszą pomyłkę.

 

 

/Tut uchylę rąbka tajemnicy. Minęliśmy parę z wielkim czarnym psem, który odegrał istotną rolę w jednym z opowiadań związanych ze Skalnikiem/

W tej chwili pomyślałem, że dobrze że jestem z kimś bo gdybym tak zwichnął nogę, lub coś sobie zrobił to zawsze jest ktoś kto wezwie pomoc.
– Wiecie państwo, to ciekawa sytuacja, że jesteśmy tu razem – zagadałem do małżonków – tak sobie myślę co by było gdybym był sam i coś mi się stało, na przykład złamał nogę.
– Co by się mogło stać? – zastanowiła się Teresa – takie rzeczy zdarzają się na szlakach, trzeba jednak uważać, a poza tym jest telefon i zawsze można wezwać pomoc.
– Tak, rzeczywiście – trochę się uspokoiłem. Jednak wolałem trzymać się grupy. To dobrze, że na nich trafiłem, lepiej być z kimś.
Jako, że z góry łatwiej się schodzi trochę wyprzedziłem pozostałych uczestników.
Miejsce w którym na chwilę się rozstaliśmy porośnięte było wiekowymi świerkami, przerzedzone przez przecinki leśników.
Słońce wyszło zza chmur, zrobiło się miło i ciepło. Głazy nie wydawały się już takie nieprzyjazne i trasa wyglądała przyjemniej.
Teresa spoglądała co chwilę w mapę szukając miejsca gdzie jesteśmy, niecierpliwiła się brakiem żółtego szlaku.
– A jeżeli poszliśmy w złym kierunku? – martwiła się
– Nie szkodzi – zażartował Marek – jakby co to i tak nas znajdą.
Bardzo śmieszne pomyślałem i złaziłem dalej.
W pewnej chwili odłączyłem się od nich o jakieś 100 metrów.
Wkroczyłem w inny las, tu było ciemno.
Potężne świerki porastały wszystko.  U dołu łyse, same pnie, u góry gęste igły zabijały światło nawet przy słonecznej pogodzie.
A znowu chmury skryły słońce, zrobiło się na dole ciemno i nieprzyjemnie.
Za mną cisza, przede mną dalej szlak prowadzący suchym korytem.
Przystanąłem na chwilę. Zajrzałem do telefonu, brak zasięgu. Kolejnych kilka kroków w dół, nadal brak.
Odwróciłem się, szlak za mną prowadził prosto pod górę, miałem go jak na dłoni. Jednak nie było tam Marka, Teresy i Marty.
Panowała cisza.
– Poczekam – pomyślałem. Na pewno zajęli się jagodami, może grzybami.
I nagle od ich kierunku dobiegł mnie głośny krzyk. Chyba głos kobiety.
– Co zaś – pomyślałem. Nie chciało mi się cofać na szlaku, tym bardziej, że było ostro pod górę.
Wlazłem jednak. Doszedłem do miejsca aż zobaczyłem leżącą Martę i pochylającego się nad nią ojca.
Teresa stała obok zasłaniała ręką usta i stała osłupiała.
– Co się stało? – zapytałem.
– Osunęła się, zesztywniała – wydukał zdezorientowany ojciec.
Marta leżała na wznak, oczy miała zamknięte, oddychała, nie ruszała się.
Ojciec przytrzymywał ją, żeby się nie zsunęła.
– Proszę jej podłożyć coś pod głowę – powiedziałem do Teresy.
Teresa podłożyła Marcie plecak pod głowę.
– Poradzi pan sobie? – zapytałem bez sensu ojca, bo przecież wiadomo, że musiał.
Sam zszedłem szlakiem w dół jakieś 50 metrów.
Wyciągniętą w górę ręką łapałem zasięg w telefon, niestety byliśmy po paskudnej stronie góry i telefon milczał jak zaklęty.
– No złap się – kląłem w duchu do tępego urządzenia, które teraz gdy trzeba odmawiało współpracy.
Jest, złapał. Jedna kreska zasięgu pojaśniała a razem z nią moja nadzieja na kontakt ze światem.
112 – ten numer zapadł mi w pamięć, bo to numer alarmowy.
Działa zawsze, nawet jeśli nie masz nic na koncie w telefonie, ale cholera niestety tylko wtedy gdy masz zasięg.
Dodzwoniłem się. Pani spokojnie wysłuchała mojej relacji, pytałem ją co robić z tą osobą, ale generalnie to bardziej chodziło mi o kogoś kto by nam tu pomógł bo zniesienie tej dziewczyny z takiego szlaku to trudna sprawa.
Po wysłuchaniu i spisaniu mojego szacownego nazwiska pani połączyła mnie z GOPR-em. Tu ponownie wyjaśniłem co i jak. Pan wypytywał o miejsce w którym się znajdujemy. Opisałem mu miejsce, w którym jesteśmy. I że nie wiemy czy na pewno jest to dobre miejsce, bo ten żółty szlak miał być a go nie ma. Jednak po opisie stwierdził, że wie gdzie jesteśmy.
Wróciłem do rodzinki pod górkę. Młoda już trochę oprzytomniała, ojciec cucił ją jak potrafił. Powiedziałem co ustaliłem. Mówię, żeby nie ruszali się, jednak ten pan nie za bardzo mnie słuchał, bo i dlaczego.
Marta podniosła się i powoli zaczęli schodzić w dół szlakiem.
– Ja bym nie ruszał się z miejsca – rzuciłem w powietrze patrząc w stronę Teresy.
Ta jednak nie miała chyba większego wpływu na męża i sama zestresowana nie odwodziła go od sprowadzania młodej w  dół.
W międzyczasie dodzwonił się do mnie znowu pan z GOPR, coś tam ustaliliśmy i rozłączyliśmy się.
Grupa ratunkowa już jechała w naszą stronę.
Tato nadal sprowadzał Martę w dół. Wiedział lepiej co robi. No cóż.
Pan z GOPR ponownie do mnie zadzwonił i znowu o coś wypytywał.
My w tym czasie doszliśmy do wyczekiwanego żółtego szlaku.
W końcu Goprowiec po drugiej stronie telefonu nie wytrzymał.
– To weź pan powiedz temu ojcu, żeby już się zatrzymał z dzieckiem  i czekał na nasze przybycie.
Tak też przekazałem. Marek z córką i Teresa przystanęli pod potężnym świerkiem. Posadzili Martę na pieńku i tak czekaliśmy.
Po ok. 10 minutach przyjechali Goprowcy terenowym pojazdem.

 

Karkonoska grupa GOPR.

W ekipie było dwóch ratowników medycznych i jeden społecznik oraz kierowca. Ratownicy podziękowali mi za zgłoszenie po czym dokładnie przebadali dziewczynę, załadowali na nosze i wraz z rodzicami zabrali do Czartaka gdzie czekała już na nich karetka pogotowia z pobliskiej Kamiennej Góry.
Ja poszedłem dalej żółtym szlakiem w kierunku dawnego schroniska.

 

 

Po drodze minąłem grupkę kwiatków.
O takich..

 

 

i takich…

 

 

Później jeszcze trafiłem na kolejną rodzinkę.
Ta jednak już nie wymagała mojej pomocy.

 

 

I reszta tej rodziny…

 

 

Tak zakończyła się moja wyprawa w samotności na Skalnik.

P.S.

Wieczorem.

Siedzimy przy stole, przy winku domowej roboty, cieście i w rodzinnym gronie.
Opowiadam o całym tym zdarzeniu. Pytam dlaczego tak się stało, że byłem tam ja i ci ludzie?
I taka padła odpowiedź:
– Byłeś rano w kościele, może Pan Bóg tak chciał i postawił ciebie na ich drodze… Albo ich na Twojej.

 

Sz. 17.07.2016r.

 

Jeżeli chcecie zobaczyć gdzie wybrałem się następnego dnia to kliknijcie tutaj

Kolorowe Jeziorka i Wielka Kopa, wszystko w jednym miejscu.

 

 

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *