Bajka o bogatym królu i wyspie bez sensu.

I nastał dzień w którym Król zarządził by ulice miasta tego przybrały nowoczesne oblicze. Nikt nie śmiał sprzeciwiać się decyzji Jego.  W ruch poszły ołówki, węgle i kreda. Najmędrsze głowy radziły, rysowały i projektowały. Aż przedstawiono Królowi projekta drogi o nowym obliczu. Władca obejrzał je nie bez satysfakcji, ten widok sprawiał mu ją ogromną.
– Teraz to i u nas będzie tak jak wszędzie – krzyknął radośnie i sypnął kasą na budowę najnowocześniejszej drogi w

Kandrzinie.
I rozpoczęła się budowa.
Koparki kopały, walce walcowały, brukarze kładli kostkę tam i gdzie indziej. Praca posuwała się sprawnie tak by Króla zadowolić, bo on nie lubił być niezadowolony.
Pewnego razu Król przyjechał razem ze świtą na plac budowy, tuż przed jej zakończeniem.
Ciekawość rozsadzała go od środka.
I stanął On na początku traktu do Koźla prowadzącego i spojrzał nań swym łaskawym okiem.
Trakt był obszerny, nowoczesny, dwie drogi zawierający. Zdobiony latarniami, malowany białą farbą, niczym brokatem obsypany żółtymi znakami pokazującymi gdzie zakręcać a gdzie nie zakręcać.  A na jego środku przez całą długość wyspa z granitowej i betonowej kostki przebiegała.


Król zwrócił uwagę na wyspę. Z wielką radością przyjął jej obecność w Kandrzinie.
– Ha, teraz to i u nas będzie tak jak wszędzie! – wykrzyknął po raz kolejny w tym opowiadaniu.
– A gdy mój ogrodnik kwiatów nasadzi tu i tam – pokazał klakierom palcem, któren najważniejszym palcem był w całym królestwie – to będziemy mieć jeszcze lepiej niż gdzie indziej.
– O tak Królu najjaśniejszy – przytaknęli klakierzy.
I wtedy rzecz stała się okrutna. Jakiś człek z tłumu gapiów śmiał zwrócić uwagę Króla na pewien szczegół. Śmiał zauważyć błąd w budowie, który i klakierzy znali jednak odwagi im brakło by go budowniczym wytknąć.
Człowiek ów zauważył, że tabory nie będą mogły w lewo zakręcać z miejskiej taborowni wyjeżdżając bo wyspa uniemożliwi im wjazd na tamten – tu wskazał gołym palcem w obecności króla – pas ruchu.


Król nieco się skonfundował, jednak w sukurs przyszli mu klakierzy i podpowiedzieli.
– Ależ Wasza Królewska Miłość, tabory mogą w prawo zakręcać a potem w lewo innemi ulicami ominąć przeszkodę.


– Panie mój kochany, toż koszta transportu wzrosną. A przez to zapewne i straty taborowni będą znaczne.
– Nie martwcie się mieszczaninie, z kasy królestwa wypłacimy miejskiej taborowni stosowne odszkodowanie. Będziem pokrywać tę stratę, która niczym jest wobec walorów wyspy na środku ulicy.
Człek, któren ośmielił się zwrócić uwagę Króla na błąd w budowie ukontentowany był taką odpowiedzią. Nie wiedział jeszcze, że taborownia nigdy nie ujrzy żadnego odszkodowania.
– Poza tym  – władca zwrócił się do grona swych klakierów – nic się nie stanie gdy czasem tabory wyjeżdżając z taborowni zakręcą od razu  w lewo, będziemy na to oko przymykać.
Czy Król nakazał by oko przymykano tego nie wiadomo. Jednak po otworzeniu ulicy wzdłuż wyspy na wysokości wyjazdu z taborowni pojawiły się pasy przerywane co sugerować by mogło, że tabory mogą  tamtędy przejeżdżać. Od tej pory wyspa ta stała się  wyjątkową pośród wysp na trakcie kozielskim w Kandrzinie, albowiem pozostałe nie mają linii przerywanej i przejeżdżanie przez nie jest zabronione pod groźbą kary.

Bajka ta nie oparta jest na żadnych faktach. Została kompletnie wyssana z palca i nie ma nic wspólnego z szarą rzeczywistością.

W to też można uwierzyć 🙂

P. S.
Czy będą kolejne bajki?
A… to już zależy od szarej rzeczywistości.

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *