Acceptionem mortis


Do sklepu przyszedł starszy pan.
Pochylony. Z siatką pełną zakupów. Włosy siwe, szare, zaczesane do tyłu, dokładnie tak samo jak kiedyś w latach młodości. Odziany skromnie, trochę niedbale.
Za nim rozciągał się zapach przepalonego tytoniu wymieszany z brudem nieczęsto pranej odzieży.


Mężczyzna zakasłał.
– Poproszę to – wskazał to.
– Proszę. 4,50 – sprzedawca podał towar i cenę.
Jeszcze raz rzucił okiem na siatkę zakupów klienta.
W siatce były trzy duże kartony wyglądające jak opakowanie medykamentu w litrowej butli dla sercowców.
Nie pasowało to sprzedawcy do wyglądu klienta.
– Taki palacz i to zażywa? – pomyślał.
Wnikliwsza obserwacja siatki rozwiała wątpliwości – Gil-zy do pa-pie-ro-sów- odczytał z daleka.
Klient niepewnie rozglądał się po sklepie.
– A wie pan, jeszcze tamto wezmę – zachrypiał i wskazał tamto.
– Słyszy pan jak chrypię? Tak już kilka tygodni.
Sprzedawca podał tamto i przytaknął ze zrozumieniem chowając drobne do kasy.
– Bo wie pan, te …. – mężczyzna wskazał drżącą ręką na kartony z gilzami – …wychodzą po latach.
– Myśli pan? Może to przeziębienie? – sprzedawca starał się zbagatelizować oczywistość.
– To to, panie. Ale co tam… na coś trza… wie pan….. – chrypiący machnął ręką w geście rezygnacji.
– Tak wiem.
– Tylko wie pan… co zrobić… tylko….. – zawiesił głos i szukał właściwego słowa, choć może i znał bo ton głosu wskazywał na strach.
– Tylko, żeby nie bolało – dokończył sprzedawca
– Tak, tylko żeby nie bolało – łamiącym głosem przyznał mężczyzna.

D. 08.12.2015

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

One Comment on “Acceptionem mortis”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *