Dziesięć złotych

 

Kowalski wszedł do apteki.
Zaskoczony małą ilością ludzi, albowiem ta apteka znana była z długaśnych kolejek, stanął przy jednym z okienek kasowych  i cierpliwie czekał.
Miał dzisiaj zły dzień, ciśnienie dokuczało mu w głowie i był trochę zamroczony.
Okienek było kilka, jednak pani obsługiwała tylko w jednym, pozostałe panie roznosiły lekarstwa po różnych szufladkach i półeczkach.
Do sklepu weszło małżeństwo mocno starszych.

Pan chudy jak patyk, niski, przygarbiony. Pani korpulentna blondyna z mocną trwałą na głowie. Niewiele wyższa, ale wyraźnie ważniejsza w tej drużynie. Pani stanęła pośrodku apteki, schyliła się po coś i tak rzecze w stronę Kowalskiego
–  Coś panu upadło, to 10 złotych. Na pewno od pana bo ja dopiero weszłam. Proszę niech pan weźmie – używała bardzo mocnego stanowczego tonu, nie znoszącego sprzeciwu.
Skierowała w stronę Kowalskiego rękę ze zmiętolonym banknotem.
– Dziwne – pomyślał Kowalski, który zawsze nosił wszystkie banknoty wyprostowane jak w szeregu wojskowym. Nawet te najmniejsze – żeby mi tak wypadł?
Wziął jednak banknot od kobiety, której głos wyraźnie wskazywał to co wcześniej opisałem i upchnął go w kieszeni.
Tym bardziej, że ona jako wiodąca prym w związku wyrażała głośno swoje zdanie w tej sprawie tak aby nie tylko najbliższe osoby słyszały.
– Ja proszę pana czyjegoś nie chce a i swojego nie dam. A to jest pana i pan to weźmie.
Starszy pan grzecznie stojąc za blondyną przytakiwał. Wyraźnie gest ten był mu dobrze znany i często używany.
Państwo nie patrząc na Kowalskiego podeszli do kasy i zaczęli dokonywać zakupu. Kowalski nadal stał zamroczony, bogatszy o dychę i zastanawiał się jak to jest, że ludzie, którzy po nim weszli do apteki są teraz przed nim.
Pani starsza głośno kupowała.
– Nie kochana, nie potrzebuję tego. A ma pani tańsze? Aha. To dobrze. To ile to będzie?
W tym czasie do apteki wszedł inny pan, też dużo starszy, bardzo dużo starszy, ale chyba nie starszy od tego pierwszego.
Widać znał się z tamtymi bo zagadał do pokornego małżonka
– A jak wrócicie do domu? Teraz autobusów już nie ma.
– Jak nie ma? Ma być o 16… – zaintrygował się pan pokorny małżonek.
– No mówię panu, że teraz od 1 lipca nie ma. Są wakacje.
– No cóż, wrócimy do domu na piechotę…
– Sam poleziesz na piechotę – rzuciła żonka – pojedziemy taksówką.
– Na taksówkę nie ma pieniędzy – zripostował odważnie potulny.
– Nie będziesz mi gadał co jest a co nie ma – rzuciła żonka i wręczyła aptekarce 100 złotowy banknot – kochaniutka, ile? 28 złotych?
Kowalski przyglądał się. Zastanawiał się jak to jest, że ludzie nie mają pieniędzy i mają zarazem.
Z rozmyślania wyrwał go głos potulnego wyraźnie skierowany tym razem do jego osoby.
– Bo wie pan, my to damy radę. Mnie tam niewiele potrzeba. Do pełnego licznika jeszcze mi 18 brakuje i daję radę
Kowalski przeliczył w pamięci – zapewne do setki – to by się zgadzało.
– To pan, proszę pana za 18 lat będzie mógł licznik wyzerować i następne sto lat sobie życzyć.
– A co, widać, bo nie? – Dopytywał  z uśmiechem potulny wyraźnie zadowolony, że znalazł osobę do dyskusji.
Kowalski zamyślił się, dziadzio dobrze wyglądał jak na 82 wiosny. Ciekawe czy ja też tak będę wyglądał. O ile będę?
Małżonkowie zapłacili i wyszli z apteki. Kowalski podszedł do okienka, jeszcze wodził wzrokiem przez okno za małżonkami, skierowali się w stronę dworca autobusowego.
Szybko zrealizował swoją receptę i wyszedł. Wsiadł do samochodu i podjechał pod dworzec. Małżonkowi stali przy pustym placu i tablicy informującej, że już żadne autobusy do rana nie odjadą z dworca.
– Podwieźć państwa?
– E tam, panie. Dziękujemy, pójdziemy na taksówkę – rzuciła pani starsza.
– A dokąd państwo?
– Do C.
– Do C. to będzie z 50 zł taksówką – pomyślał Kowalski, który znał taksówkarzy i ich cenniki – proszę wsiadać i nie odmawiać mi tej przyjemności.
Małżonkowie chyba jednak rozumieli swoją sytuację i skorzystali z propozycji Kowalskiego. Tym razem blondyna milczała a procesem decyzyjnym dowodził potulny pan przesuwając żonę w kierunku samochodu.
Po ok. 20 minutach jazdy wysiedli przed swoim domem w C.
– Panie, co się należy? – zapytał małżonek.
– Nic – powiedział Kowalski – nic.
W kieszeni miał bowiem 10-złotowy banknot.

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

One Comment on “Dziesięć złotych”

  1. Z tekstu jasno wynika ze podstawowe zrodlo dochodow pana Kowalskiego wywodzi sie z praw nabytych.
    Jest nadzieja ze seniorzy wspomniani w opowiadaniu w zdrowiu na ciele i umysle dotrwali do wrzesnia i rowniez kozystaja z nabytego prawa ” Seniorzy 75+ ( plus) leki za darmo – ( minus)”. To czym rzucaja teraz stojac przy okienku aptecznym pan Kowalski niech podnosi sobie z podlogi sam. Pozdrowienia dla -30,5°C.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *