Czarodziej…

Jesienią, wieczorem, w środku tygodnia nabrałem ochoty na lody. Kawiarnia u nas jest tylko jedna więc wyboru nie ma żadnego. Na szczęście lody w tej kawiarni są dobre. Jak chciałem tak zrobiłem, rozsiadłem się i czekałem na zamówienie. W kawiarni przy większym stoliku siedziała jakaś rodzinka. Czworo starszych z dwoma maluchami. Chłopcy w wieku na oko 5-6 lat. Rozrabiaki niezłe. Nie słuchają się rodziców, wchodzą pod stół, całe szczęście, że nie na

stół. Lody zalane grubą warstwą Advocata powoli znikały z mojego pucharka. Słodkie, lekki posmak alkoholu rozleniwił mnie i subtelnie znieczulił…

——————————-

Rozdział I

Drzwi kawiarni otworzyły się spokojnie. Do wnętrza wdarło się świeże powietrze i blask światła z ulicznej latarni. Próg lokalu przekroczył rosły mężczyzna, zamknął za sobą drzwi. Wysoki, ubrany w nietypowy kapelusz i płaszcz a właściwie pelerynę sięgającą do ziemi, przez ramię przewieszoną miał parcianą torbę kształtem zbliżoną do tradycyjnych marynarskich worków. Rozejrzał się po wnętrzu.

Kawiarnia była mała, na kilka stolików. Z wiszących na ścianach kinkietów leniwie rozlewało się słabe światło stwarzając atmosferę tajemniczości i przytulności. W powietrzu unosił się zapach kawy i taniego odświeżacza powietrza. W tej części lokalu były trzy małe dwuosobowe stoliki, w drugiej kolejne trzy, przy czym te były już na kilka osób. Za nimi lada z witryną z wyeksponowanymi słodkościami. Przy jednym z tych większych stolików siedziała grupka osób, czworo dorosłych i dwóch kilkuletnich chłopców. Tu przy wejściu siedział jeszcze jakiś inny mężczyzna, ale chyba drzemał, jego głowa zwisała. Nikogo jednak nie obchodził.

– Może być, na kawę w sam raz – pomyślał przybysz, wybrał stolik w kącie lokalu.  Kapelusz położył na krześle po drugiej stronie stolika, pelerynę z niezwykłą starannością zawiesił na wieszaku w kącie obok. Usiadł.

– Poproszę kawę – uprzedził pytanie kelnerki. Ta odpowiedziała skinieniem głowy i bez słowa oddaliła się do baru.

W lokalu oprócz przybysza, rodzinki i śpiocha nie było więcej osób. Mężczyzna rozsiadł się wygodnie, wyjął z torby dziwne płaskie urządzenie, z którego padał blask martwego światła odbijający się w jego oczach. Trzymając w ręku owe cacko dotykał go co jakiś czas palcami, przesuwał po nim kciukiem i stukał w rytm płynących z wnętrza umysłu słów.

– Czarujący – usłyszał po chwili rozmyślania kelnerki. Odwrócił głowę w jej kierunku. Kelnerka uzupełniała filiżankę gorącą kawą i z zaciekawieniem spoglądała na przybysza.

Atmosfera przy sąsiednim rodzinnym stoliku najwyraźniej ulegała rozluźnieniu, dzieciaki znudzone siedzeniem przy stole z dorosłymi zaczęły kręcić się po kawiarni, aż w końcu roznoszone właściwą dla tego wieku energią zaczęły bawić się w berka. Kelnerka zbliżyła się tanecznym krokiem do stolika gościa postawiła przed nim kawę.

– Dziękuję – tym razem znowu był szybszy.

– Proszę – odparła przygryzając wargę. Nie zdążyła nic więcej powiedzieć bo lokal zapełniły krzyki dzieci.

– Raz dwa trzy, zaklepany! – dzieciaki bawiły się w chowanego. Zabawa słaba bo w kawiarni miejsca do ukrycia w ogóle żadnego nie było. Tajemniczy przybysz sącząc kawę i spoglądając w błyszczący płaski przedmiot zaczynał się irytować hałaśliwym zachowaniem dzieciaków. Miał ochotę na kawę w ciszy i skupieniu, odpoczynek. Rodzicie dzieci przyzwyczajeni do takich zachowań maluchów nie zwracali na nie uwagi, zapewne zadowoleni, że maluchy same wreszcie zajęły się sobą.

– Ale co, nie ma gdzie – odezwał się jeden z maluchów.

– Jak to nie ma, tu można – drugi, ten większy, pokazał na pelerynę przybysza wiszącą w kącie. Sięgała samej podłogi i mogła stanowić idealny schowek dla takiego małego dzieciaka.

– Nie nie, tam nie wolno! – odezwał się zdecydowanym głosem mężczyzna.

Dzieci wzdrygnęły się słysząc te słowa. Odbiegły w przeciwległy kąt lokalu za stolik rodziców i zapanowała cisza. Na krótko oczywiście bo po chwili znowu szkraby zaczęły kolejny etap gonitwy połączonej z chowaniem się gdziekolwiek.

– Zaklepany, zaklepany!! – mniejszy

– Nie liczy się, widziałem cię – odpowiadał drugi.

– Nie, pod płaszcz nie wolno – znowu krzyczał ten mniejszy do większego.

– Nie wolno, nie wolno – przedrzeźniał go większy i chichrał się w niebogłosy cienkim piskliwym tonem świdrującym uszy przybysza.  I tak ganiali się po kawiarni i chowali na przemian pod stolikami i krzesłami. Przybyszowi kawa przestała smakować a rodzice zapomnieli chyba o bożym świecie zagadani jak to przy stoliku w kawiarni.

I nagle zrobiło się cicho. Dorośli unieśli głowy znad stolika. W powietrzu pojawił się mocny zapach tytoniu a przez środek sali powiało mroźne powietrze co było o tyle dziwne, że przecież okna i drzwi były pozamykane. Kelnerka nie zwracając na nic uwagi krzątała się za ladą.

– Gdzie jest Piotruś? Andrzejku, gdzie jest Piotruś – zapytał jeden z tatusiów.

– Nie wiem, nie wiem – odparł Andrzejek.

– Jak to nie wiesz, no przecież biegaliście tu przed chwilą –  zdezorientowany ojciec podniósł się od stolika i zaczął rozglądać po kawiarni.

– Biegaliśmy wujku, ale Piotruś poszedł tam i chciał się schować – Andrzejek wskazał ręką na część kawiarni gdzie siedział mężczyzna ze świecącym przedmiotem w ręku. Obok wisiała peleryna, której dolna część ruszała się lekko, jakby jeszcze dotykał jej podmuch zimnego powietrza.

– Proszę pana, czy pan widział Piotrusia? – ojciec zbliżył się do przybysza

– Piotrusia? W życiu widziałem wielu niegrzecznych Piotrusiów.

Rozdział II

                        Za płaszczem było jasno, tak jak w słoneczny dzień. Na łące rosła zieloniutka trawa, kwitły kwiatki i biegały zajączki. Nieopodal łąki rosły pojedyncze drzewa, na których siedziały ptaki trelujące i śpiewające na różne tony. Piotruś zauważył pod drzewem ławkę. Przy ławce był duży długi stół. Przy stole siedziały dzieci, chłopcy i dziewczynki. Za stołem stała Pani Grzeczność.

– Dzień dobry Piotrusiu, dołączysz do nas?  – Pani Grzeczność była bardzo miła

– Tak – odparł Piotruś bez większego zastanowienia.

– A dzień dobry nie mówisz? – zapytała Grzeczność.

– Dzień dobry – dodał Piotruś.

Piotruś nie był przestraszony, miejsce było urocze, kolorowe i bardzo miłe, nawet jak dla takiego małego chłopca. Nie myślał w tej chwili o mamie tylko o tym co tam ciekawego się dzieje. A tu Pani Grzeczność wytłumaczyła Piotrusiowi

– Tutaj jest szkoła grzeczności, uczymy małe, niegrzeczne dzieci jak zachowywać się grzecznie. Wszystko po to, żeby w przyszłości nie sprawiały mamusiom kłopotów, rozumiesz Piotrusiu?

– Tak, proszę pani a co ja będę tu robił? – pytał pełnym ciekawości głosem

– Dla ciebie są przeznaczone dwa zadania do wykonania.

I Pani Grzeczność opowiedziała bardzo spokojnie Piotrusiowi co ma zrobić, żeby być grzecznym. Okazało się, że Piotruś musi namalować grzecznie obrazek farbkami a jako drugie zadanie przebrać grzecznie i cierpliwie groch z fasolą. Nie było tego dużo.

– Jak się do wieczora uwiniesz to będziesz najgrzeczniejszym chłopcem na świecie. Będziesz jak wyszlifowany brylant. Piotruś pokiwał ze zrozumieniem głową, choć w świecie nie miał pojęcia co znaczy wyszlifowany brylant, ale skoro Pani Grzeczność tak powiedziała to na pewno jest to coś bardzo dobrego i grzecznego. I Piotruś zrobił co do niego należało. Namalował śliczny obrazek, sam był bardzo zadowolony bo jeszcze nigdy nie udało mu się tak ładnie namalować obrazka. A potem przebrał groch z fasolką, było przy tym śmiechu bo fasolka wyskakiwała Piotrusiowi z palców i rozsypywała się po okolicy. Pani Grzeczność spokojnie przyglądała się pracy Piotrusia. Po zakończeniu pracy Pani Grzeczność pogratulowała Piotrusiowi cierpliwości i powiedziała, że od teraz będzie już zawsze grzeczny, będzie jak wyszlifowany brylant.

———————————-

Brzęk upadającej na podłogę łyżeczki wyrwał mnie z letargu. Przetarłem oczy, chwilę trwało nim ogarnąłem co się stało i gdzie jestem. Lody roztopiły się doszczętnie w pucharku tworząc nieciekawą wizualnie bryję z Advocatem. W kawiarni nadal był półmrok

– Acha, nie spałem do rana – domyśliłem się – tylko jakiś durnawy sen miałem. Wygrzebałem łyżeczką trochę bryi z pucharka, sam cukier.

Do kawiarni weszła jakaś para. Po chwili okazało się z rozmowy, że to chyba znajomi tamtej rodzinki. Wymienili uprzejmości i przysiedli się do stolika rodzinki.

– A co tam u was słychać, dzieci jakie spokojne. Powiem ci Irenko, że nie poznaję Piotrusia. Jest taki grzeczny, że aż lśni

– Tak proszę pani ja teraz jestem grzeczny jak oszlifowany brylant.

Blask wyświetlacza mojego smartfona przygasł, przestałem wodzić po nim palcem żeby nie wyczerpać baterii. Wstałem, założyłem swój płaszcz i kapelusz i poszedłem sobie. W inne spokojne miejsce. Do domu.

 

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *