Wiktorii wiary sprawa.

We wsi maleńkiej, co pode Raciborzem tkwiła od lat, życie płynęło spokojnie.
Ludzie zajęci uprawą roli, żyli zgodnie z rytmem dnia właściwym dla danej pory roku. A to pola uprawiali, a zwierząt doglądali, a w domach siedzieli i roboty domowe prowadzili wszelakie.
Jednym z gospodarzy był Josef  Prasler co to z żoną swą Anną na własnej ojcowiźnie operował.

 

 

 

Gospodarstwo miał skromne, nie był bogatym rolnikiem. Josef i Anna mieli gromadkę dzieci. Od najmniejszego trzyletniego Alojza do najstarszej Wiktorii, która w tem roku już 18 wiosen miała. Wiktoria dorastała na piękną kobietę. Chłopcy z okolicznych wiosek spoglądali za nią z młodzieńczym zaciekawieniem gdy tylko sposobność takowa była.
Jednak Wiktoria była spokojną dziewczyną. Z natury skromna, cicha, trzymała się maminej spódnicy i nie w głowie jej był oglądanie się za dorastającymi chłopcami.
Razu pewnego Wiktoria razem z matką jakieś robótki ręczne sprawiały. W tamtym czasie większość takich prac ręcznie w domu się wykonywało, kto miał maszynę do szycia ten już miał łatwiej. Jednak w gospodarstwie Josefa i Anny na maszynę nie starczało i trzeba było ręcznie wszystko szyć.
Aż tu nagle nieszczęście straszne na rodzinę Praslerów padło. Nie wiadomo jakim sposobem i kiedy Wiktoria zadławiła się szpilką. Szpilka utkwiła w gardle dziewczyny sprawiając ból niewyobrażalny. Dziecko krztusiło się, dławiło i słabło na zmianę. Ojciec co z ratunkiem przybiegł niewiele mógł pomóc. Gardło Wiktorii opuchło tak, że lekarz przybyły z miasta, co to go za ostatnie pieniądze Josef go sprowadził, nic wskórać nie potrafił. Niestety na operację w szpitalu nie było stać Josefa i jedynie Boża Opatrzność mogła tu pomóc.
Dziecko marniało w oczach z każdym dniem. Ból gardła sprawiał, że Wiktoria nie mogła nic jeść, ledwo wodę kropelka po kropelce z trudnością okrutną przełykała. Głosu jej śpiewnego dawno nikt w obejściu nie słyszał.
Nie pomogły znachory ni zioła. Nawet potrząsanie Wiktorią w dół nie dawało rezultatu.
Dni mijały. Wiktoria wychudła, zbladła. Każdy ruch ciała sprawiał jej ból, oddychanie przychodziło z coraz większym trudem. Modlitwy całej rodziny i jej samej nie pomagały.
Dnia pewnego Josef postanowił, że ostatnim ratunkiem dla córki jego może być wizyta na Górze świętej Anny i modlitwa przed figurka św. Anny Samotrzeć. W miejsce to wiele ludzi w owym czasie pielgrzymowało i ich wiara pomocna w niejednym przypadku była.
Jak postanowił tak zrobił.
Wóz wymościł słomą. Na niej ułożył najlepsze pierzyny jakie w domu były a na pierzynach słabnącą z każdym dniem Wiktorię. I tak razem z żoną swą i dziećmi wszystkiemi podążyli ku Górze świętej Anny by o cud dla Wiktorii błagać.
Ze wsi okolicznych ludzie do nich dołączyli, bo historia nieszczęścia jakie dopadło Wiktorię rozniosła się błyskawicznie po okolicy. A że ludzie wierzący głęboko w Pana Boga byli to chęć wsparcia w modlitwie i udziału w pielgrzymowaniu wyrażali bez zastanowienia.
I tak wyruszyli w pielgrzymką spode Raciborza do Góry świętej Anny. Z okolicy tej do klasztoru na górze mieli do przebycia ponad 50 km. I trasa ta choć wydawałaby się prosta i łatwa nawet na owe czasy zajęła im wiele dni. Albowiem wóz nie mógł jechać szybko. Wiktoria na wozie czuła się z każdą godziną coraz gorzej. Słabła a każdy wstrząs sprawiał jej ból okropny.
I tak szła pielgrzymka.
Mijając Koźle przeszli przez most kozielski. Wioskę o nazwie Kandrzin ominęli i doszli do lasu, który ją otaczał. Droga przez las wiodła prosta, gdyż szlaki te często używane w owym czasie przez pielgrzymów były. Stan Wiktorii z każdym przebytym kilometrem pogarszał się. Matka płacząc i łzami się zalewając siły modlić się już nie miała.
Josef także w modlitwie nie przestawał. I choć chłop był twardy i przez życie doświadczony to na córkę spoglądając co raz to gorszymi przeczuciami zaczynał być otaczany.
– Żeby tylko dojechać, żeby tylko dojechać – powtarzała w myślach Wiktoria wierząc, że na miejscu cud Matki Boskiej za wstawiennictwem św. Anny Samotrzeć jej dotknie i szpilka ból przestanie sprawiać.
Dojechali do krawędzi lasu. Tutaj głaz potężny leżał od wieków co to na nim pielgrzymi przysiadywali odpoczynku zaznając. Z miejsca tego widać już było Górę św. Anny.
I Wiktoria ją zobaczyła.
A że radość z tego powodu ogromna w jej serce się wdarła zakrzyknęła resztkami sił, ale tak potężnie, tak nienaturalnie jak nikt nigdy w życiu nie słyszał. Zerwały się ptaki z drzew i odleciały w popłochu a koń który wóz ciągnął dęba ze strachu stanął.
I wyrwało się z piersi Wiktorii donośne  – Matko !!!
I w tej samej chwili z gardła szpilka, która tkwiła tam już  ponad tydzień, wypadła. I Ból Wiktorię odpuścił.
A co dalej było możecie się tylko domyśleć.
Czy historia ta jest prawdziwa?
Znają ją najstarsi mieszkańcy tych okolic.
Tego samego roku w miejscu na skraju lasu gdzie Wiktoria zdrowie odzyskała, co za cud w oczach pielgrzymów uznane zostało, Josef wraz z mieszkańcami wsi spod Raciborza kapliczkę pielgrzyma ustawili w dowód wdzięczności Matce Bożej. Zaraz obok tego głazu na którym pielgrzymi odpoczynku zaznawali w owych czasach.
Kilka lat temu głaz zniknął za sprawą budowniczych gazociągu.
Kapliczka przetrwała dwie wojny, budowę gazociągu i stoi nadal, ale już mało kto pamięta dlaczego…

 

 

 

 

 

Widok jaki ujrzała Wiktoria. Na horyzoncie Góra św. Anny.

O autorze:

Tomasz Rogus – zwykły człowiek, czytam i piszę po polsku, w wolnych chwilach robię filmy o Polsce.

Zobacz wszystkie artykuły autora

2 Comments on “Wiktorii wiary sprawa.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *